W poniższym artykule chciałbym przedstawić propozycje reformy systemu demokratycznego w Polsce, które pozwoliłyby zminimalizować najdotkliwsze jego wady.
Demokracja i liberalizm - pasują do siebie czy nie?
Zacznę od polemiki z rozpowszechnionym wśród konserwatywnych liberałów poglądem, że demokrację należałoby znieść. Zgadzam się, że demokracja nie jest ustrojem z założenia gwarantującym wolność czy liberalizm. Jednak porównanie różnych wskaźników wolności (http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_indices_of_freedom) wyraźnie wskazuje na korelację demokracji z wolnością prasy i wolnością gospodarczą. Są więc silne podstawy do twierdzenia, że rezultatem zniesienia demokracji byłoby ogólne zmniejszenie wolności. Ponadto, stosukowo niewielkie zmiany mogą zminimalizować najczęściej wymieniane wady demokracji.
Lekarstwo na ograniczony wybór - demokracja bezpośrednia
Jedną z wad jest niewielki faktyczny wybór. Tylko kilka partii ma szanse wejść do parlamentu, głos na partię, która nie wejdzie jest stracony. Jednym ze sposobów poprawy tej sytuacji jest zmiana ordynacji wyborczej, której wybór jest kwestią zasługującą na osobny artykuł. Tutaj zaznaczę jednak, że żadna reforma ordynacji nie rozwiąże największego problemu demokracji pośredniej - ciągłego zmuszania wyborcy, by szedł na ogromne kompromisy. Rzadko można znaleźć partię, której poglądy popiera się w 100%. Nie da się zadeklarować, że popiera się danego posła tylko w sprawach światopoglądowych, a w sprawach gospodarczych zupełnie innego.
Rozwiązaniem tego problemu jest wprowadzenie w Polsce systemu opartego na demokracji bezpośredniej. Działanie takiego systemu możemy zobaczyć na przykładzie Szwajcarii. Tam każda ustawa może zostać poddana pod wiążące referendum, jeśli obywatele zbiorą odpowiednią liczbę podpisów. Nie ma tam więc możliwości wprowadzić czegoś wbew woli większości obywateli. W każdym kraju, głosując w wyborach kupuje się kota w worku, gdyż nie ma żadnej gwarancji jak dany poseł czy partia będzie głosować - co poprze, a czemu się sprzeciwi. Przy referendum nie ma tego problemu, i każdy może wprost wyrazić swoją opinię w konkretnej sprawie.
Innym z zarzutów wobec demokracji, jest to, że umożliwia większości narzucanie swojej woli mniejszości. Jest to oczywiście do pewnego stopnia nieuniknione. Co jednak istotne z liberalnego punktu widzenia, szwajcarski system referendalny koncentruje się na odrzucaniu ustaw. Oddolny ruch społeczny może doprowadzić do odrzucenia ustawy wbrew woli parlamentu. Inicjatywa ustawodawcza działa jednak podobnie jak w innych krajach, do zatwierdzenia jej w formie ustawy potrzebna jest większość parlamentarna. To rozróżnienie jest bardzo ważne. Z jednej strony, nie może istnieć prawo, z którym większość się nie zgadza. Z drugiej jednak strony, większość ma ograniczone możliwości narzucenia swojej woli mniejszości, reprezentanci mniejszości mają możliwość zgłoszenia sprzeciwów w parlamencie, a dodatkowo najważniejsze prawa mniejszości gwarantowane są przez konstytucję, której zmienienie jest trudniejsze.
Ustrój sprzyjający reformom
Oczywiście nie jest to system pozbawiony wad. Jedną z takich wad jest utrudnienie we wprowadzaniu reform. W Szwajcarii nie stanowi to aż tak dużego problemu, gdyż kraj ma stabilną sytuację od 150 lat. Niewątpliwie jest to jednak główną przyczyną tak późnego uzyskania prawa głosu kobiety w tym kraju (w latach siedemdziesiątych XX wieku). W przypadku Polski, która wymaga obecnie wielu zmian, problemy mogłyby być nawet większe. Można to jednak rozwiązać przez danie możliwości odrzucenia ustawy w referendum, ale np. dopiero 5 lat po jej wprowadzeniu. Jeśli reforma przynosi długoterminowe zyski, to po pewnym czasie powinno się zacząć odczuwać jej zalety. Jeśli natomiast nawet po 5 latach efektów nie widać, powinna być możliwość jej odrzucenia. Oczywiście dotyczyłoby to zmian, które są odwracalne, np. reformy służby zdrowia. Kwestie, które ciężko odwrócić, takie jak ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego powinny zostawać poddawane natychmiastowemu referendum.
Jak podwyższyć poziom debaty
Kolejnym zarzutem podnoszonym przeciw demokracji, jest rosnąca rola mediów w kampanii wyborczej. Istotnie, moglibyśmy w pewnym momencie dojść do sytuacji, w której wygranie wyborów byłoby kwestią zapłacenie odpowiednio wysokiej kwoty agencji reklamowej. Aby temu zapobiec, powinniśmy pójść śladem Francji i Wielkiej Brytanii, które nakładają duże ograniczenia na partie w czasie kampanii wyborczej. Płatne reklamy w telewizji, billboardy reklamowe - możemy się tego pozbyć bez straty dla jakości przedwyborczej debaty. A wręcz z zyskiem, bo każde zmniejszenie roli reklamy w kampanii, oznacza że bardziej widoczne staje się to, co istotne - czyli program. Ponadto, dzięki temu, że każda partia dostanie taki sam czas antenowy do wykorzystania w telewizji, mniejsze partie, proponujące coś nowego, miałyby większą siłę przebicia, a obywatele mieliby większy wybór. Oczywiście ustawodawstwo powinno też uwzględniać zagrożenie, że aktualna władza wykorzysta np. orędzia do reklamy własnego ugrupowania. Odpowiednio przemyślana ustawa pozwoliłaby jednak zminimalizować i takie problemy.
Innym sposobem na podwyższenie poziomu debaty politycznej mogłoby być wprowadzenie "prawa głosu", analogicznego do prawa jazdy. Skoro potrzebny jest egzamin by poruszać się samochodem po drogach, nie ma nic zdrożnego w wymaganiu, by osoby chcące mieć wpływ na politykę kraju, legitymowały się przynajmniej minimalną wiedzą. W praktyce wystarczyłby prosty egzamin w rodzaju podstawowego poziomu matury z wiedzy o społeczeństwie. Każdy powinien mieć możliwość do przystąpienia do takiego egzaminu, niezależnie od wieku czy wykształcenia. Taka reforma skłoniłaby polityków korzystania z merytorycznych argumentów do zjednywania sobie wyborców.
Michał Kosek
artykuł ukazał się również na portalu www.polskaliberalna.net


Komentarze
Pokaż komentarze