Kontynuacja notki z wczoraj.
Kiedyś liczyłem na to, że Polska może stać się suwerennym państwem, w którym nikt obcy nie ma wpływów, a decyzje podejmujemy racjonalnie, analizując nasz własny narodowy interes. Salus rei publicae suprema lex. Nikt nam nie będzie w kaszę dmuchał i z każdym możemy prowadzić korzystne interesy.
Ale to nie jest i nie będzie prawda. Jesteśmy nadal - tak jak to powiedział von Moltke w XVIII wieku - otwartym gościńcem dla obcych armii. Tylko że obecnie te armie są niewidzialne dla przeciętnego człowieka, bo to armie służb specjalnych i inwestycji kapitałowych. Jest nawet gorzej. Jesteśmy tzw. "power vacuum" - próżnią, którą w naturalny sposób trzeba wypełnić czyimś działaniem. Podkreślam, nie tylko przejść przez mało interesujący gościniec w drodze do celu, ale zostać na stałe i wypełnić sobą. Przed obcą armią broni własna armia. Przed obcym wywiadem broni własny kontrwywiad. Gdzie on jest? Pogrobowcy z rozwiązanego WSI wrócili i przejęli SKW. Czyli jest jeszcze gorzej. Nie dość, że jest tak jak było, to jeszcze społeczeństwo jest przekonane, że problem został naprawiony.
Skoro więc muszę sobie wybierać "zastępczego hegemona", to niech to będzie hegemon amerykański. Niech Polska będzie raczej amerykańską strefą wpływów, niż rosyjską. Daleki pan jest lepszy niż pan bliski.
Zaczynam też rozumieć, dlaczego rząd Tuska tak bardzo chciał renegocjować umowę o tarczy rakietowej. Rozumiem też, dlaczego Lech Kaczyński tak bardzo walczył o jej natychmiastowe podpisanie. Tusk nie walczył o lepsze warunki tej umowy. On walczył o przesunięcie podpisania umowy na czas po wyborach w USA, bo wtedy już rządził Obama, który już tak bardzo nie chciał jej podpisywać. Obama miał inny cel. Zależało mu na redukcji ilości broni atomowej na świecie, a do tego potrzebował przychylności Rosji właśnie. W tym celu nawet dostał pokojową nagrodę Nobla jako zachętę.
Gdyby Lech dopiał swego, mielibyśmy bazę amerykańską. Z konieczności Amerykanie musieliby udzielić nam swojej protekcji, a w szczególności ochrony kontrwywiadowczej. Może nawet CIA zajęłoby się wyłapywaniem pogrobowców WSI, tj. donoszeniem na nich do prasy.
Najśmieszniejsze jest, że brak amerykańskiej bazy został nam sprzedany jako wielki sukces, bo dostaliśmy baterię rakietę Patriot za darmo. Jednocześnie propaganda dezinformacyjna ostrzegała nas, że wystawiamy się na wielkie zagrożenie stawiając w Polsce taką bazę, które będzie celem dla rakiet nuklearnych. A więc nie stawiając bazy uniknęliśmy zagrożenia, a zyskaliśmy "coś" w zamian. Tylko że ta bateria to jest objazdowy cyrk przyjeżdżający na parę miesięcy do Morąga. Cyrk o zasięgu 70 kilometrów. Cyrk szkoleniowy.
Gdy stawia się bazę wojskową, to to jest jak znaczenie terenu swoimi flagami. Najczęściej przeciwnik szanuje takie sygnały i nie miesza się do krajów oznaczonych, bo wie, że zostanie skontrowany. W Niemczech jest baza Ramstein, w W. Brytanii też jest baza i jakoś nikt nie twierdzi, że W.Brytania czy też Niemcy to nie są kraje suwerenne! Jest odwrotnie, dzięki takim bazom suwerenność tych krajów nawet wzrasta, bo nie może się do nich tak silnie wmieszać bliskie mocarstwo. A dalekie mocarstwo ma ograniczone interesy na miejscu. Po prostu chce mieć tą bazę i tyle.
Jeżeli widzicie całokształt sytuacji, to rozumiecie dlaczego Lech Kaczyński nie mógł mówić publicznie o korzyściach z amerykańskiej bazy. Dlaczego pozornie gorsza opcja była jednak lepsza. Przecież Kaczyński nie mógł powiedzieć wyborcom, że jesteśmy zbyt słabi na to, by w XXI wieku być w pełni suwerennym państwem i potrzebujemy protektora, który jest mniej podatny na wpływ obcych służb, a jednocześnie ma znikomy interes w rządzeniu nami. Nie mógł też tego wprost powiedzieć Amerykanom. Jakby to wyglądało? "Postawcie u nas bazę, bo wtedy będziecie musieli ją kontrwywiadowczo chronić, bo my jesteśmy zbyt słabym państwem, żeby mieć skuteczny kontrwywiad?"
Jarosław Kaczyński ma jak widać ten sam problem. Wie o pewnych rzeczach, tylko nie może ich wypowiadać publicznie. Jednocześnie musi dążyć do rozwiązań, do których nie potrafi przekonać ludzi jawnymi argumentami, a druga strona ma lepsze jawne argumenty. Druga strona nie jest po prostu przeciw. Ta druga strona nam proponuje coś "lepszego". I dokładnie na tym polega dezinformacja.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)