Poprzednio krytykowałem krytykę M. Migalskiego. Moim zdaniem wybierał on sobie "wrogie" sondaże do udowadniania swojej stronniczej tezy. J.Kaczyński wytknął mu w swoim liście, że według wewnętrznych sondaży PIS nie spadło poparcie. Zresztą zajadły wróg Kaczyńskiego, Kuczyński, ostatnio publicznie stwierdził to samo: "Kaczyńskiemu poparcie nie spada".
No coż, właśnie przeglądałem dane CBOS o zaufaniu do polityków. Wypada się jednak z panem europosłem przeprosić. Prezes Kaczyński w wyniku katastrofy smoleńskiej otrzymał od społeczeństwa dużą dawkę sympatii, którą jeszcze udało się zwiększyć w trakcie kampanii wyborczej. Natomiast w ciągu dwóch miesięcy udało mu się w ekspresowym tempie zniszczyć ten kapitał społecznego zaufania. Wykres poniżej mówi wszystko.
Jarosław Kaczyński zamyka się w getcie niewybieralności. Oczywiście wrogie media mu w tym pomagają, ale przecież robiły to również w trakcie kampanii i jakoś udawało się temu przeciwdziałać.
Obecnie jest tak dziwnie, że o ile poparcie dla PIS jest dość stabilne (według różnych sondaży), to zaufanie do prezesa PIS leci na łeb, na szyję. Jak to pogodzić? PIS nie jest partią, która miałaby rację bytu bez Kaczyńskiego. Można jedynie domniemywać, że część tego zaufania była papierowa. Tj. górna część zaufania nie przekładała się na popieranie partii, więc była bez znaczenia.
Co w takim razie kombinuje Kaczyński? Potrafię znaleźć tylko jedno wytłumaczenie. Otóż zmienia on swój wizerunek w zależności od przewidywanej frekwencji i charakteru najbliższych wyborów. W wyborach prezydenckich frekwencja jest wysoka i walczy się o umiarkowanego wyborcę. W wyborach do europarlamentu lub do samorządów frekwencja jest zwykle niska i trzeba werbalnie rozgrzać swój żelazny elektorat. Zgodnie z tą koncepcją po wyborach samorządowych wróci łagodny Kaczyński startujący na stanowisko premiera w 2011. Jeżeli jest właśnie tak, to Migalski powinien to wiedzieć, więc tu bym się z nim nie zgadzał.
Problem polega na tym, że ta koncepcja opiera się założeniu, że wyborcy mają pamięć krótką jak kura i można im w ciągu paru miesięcy pokazać tego samego człowieka w dwóch sprzecznych wersjach, a oni to łykną. Mam poważne wątpliwości i tu się znowu zgodzę z Migalskim. PO nieustannie pracuje nad przypominaniem czasów strasznego kaczyzmu. Ulubionym argumentem moich znajomych peowców jest "oni stoją tam gdzie stało ZOMO" z 2006 roku. Ludzie nadal to pamiętają pamięcią emocjonalną.
Jeżeli już Kaczyński chciał rozgrzać elektorat i zaatakować przeciwników, to trzeba było to zrobić inaczej. Trzeba było wysłać partyjne buldogi (Brudziński, Kurski et consortes), a samemu nie trwonić kapitału zaufania. Tak się robi wszędzie. Lider partii musi kumulować na sobie pozytywne emocje, a przeciwnika atakują niskoszeregowi aktywiści.
W PO role są bardzo wyraźnie podzielone. "Harcownik" Palikot brutalnie fauluje i przyjmuje na klatę wizerunkowe koszty z tym związane. Rozumie swoją rolę żołnierza postpolityki i się w nią doskonale wczuwa. Wiemy z mediów, że marketingowcy PO "grają na Tuska", jako pozytywnego bohatera. Dobry car Tusk karze bojarów, ściga dealerów dopalaczy, itp.
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego w PIS jest odwrotnie...
Są trzy wytłumaczenia:
- Kaczyński uważa, że odkręci to bez strat.
- Kaczyński postanowił sam być harcownikiem(!) i gra na korzyść osoby o czystej karcie, której przekaże władzę w PIS w 2011 (Ziobro?).
- Kaczyński nie jest żadnym "geniuszem politycznym". Rzuca nim trauma, stracił rozum i właśnie z rozpaczy dusi swoją partię kablem elektrycznym. Wiceprezesi partii mają to w d..ie i bez emocji patrzą się na to. Byle nie stracić stołków. Typowa socjopatia organizacji biurokratycznych.



Komentarze
Pokaż komentarze (25)