Mitrandir Mitrandir
248
BLOG

MEDIA PUBLICZNE CZYLI NIEKOŃCZĄCA SIĘ OPOWIEŚĆ

Mitrandir Mitrandir Kultura Obserwuj notkę 4

Dlaczego politycy chcą  dorwać w swoje ręce media publiczne? Trafna odpowiedź, wyjaśniająca mechanizm działania tej specyficznej żądzy, pozwoliłaby zrozumieć dość dużo tym, którzy się gubią, obserwując polityczne bagno. Nie pozwoli jednak ona wyjaśnić względnego sukcesu rynkowego  (przede wszystkim TVP, choć i w Polskim Radiu nie jest ostatnio najgorzej).

 

Post…

Za nieboszczki komuny był Radiokomitet oraz Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa - Książka - Ruch”. Nad nimi był Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, który orzekał co się ukaże, a co nie - rzecz jasna orzekał długofalowo, bo na temat tego, co ma ukazać się w Dzienniku Telewizyjnym orzekało samo KC a niekiedy nawet sam I Sekretarz. Swoją drogą, jeśli przyjrzeć się temu, kto pracował podówczas w sekretariacie propagandy KC PZPR, to niektórzy by się zdziwili. Polskie Radio i Telewizja rządziły więc duszami, jak chciały. Nie było przecież żadnej konkurencji, monopol informacyjny był faktem. Była jeszcze Wolna Europa i stacje obcojęzyczne, ale zdecydowana większość obywateli soclandu podlegała jednemu źródłu informacji, jakim były media państwowe. 

 

Śmierć komuny spowodowała, że monopole informacyjne zostały jakby „osamotnione”. Umarła jedyna polityczna żywicielka, która rozumiała świat i wiedziała, jak komunikować się ze społeczeństwem. Potrafiła wskazać drogę. Nowa władza przejęła te przedsiębiorstwa, tak samo jak wszystkie pozostałe i też za bardzo nie wiedziała, jak tam trzeba było się poruszać. Brakowało specjalistycznej kadry managerskiej. Funkcjonowała jedynie idea demokratyzacji mediów publicznych, która przyszła do nas przede wszystkim z Francji i Wielkiej Brytanii. Nowa władza chciała mieć w III RP drugie BBC, w praktyce jednak wyszło drugie… ORT*. 

 

Dlaczego tak się stało? Panowie, którzy w rządach Mazowieckiego, Bieleckiego, Olszewskiego i Suchockiej wzięli się za zarządzanie państwowymi mediami, nie mając doświadczenia, powielali schematy jakie funkcjonowały tam jeszcze do niedawna, a delikatna, bardzo kusząca świadomość tego, że ma się wpływ na bieg wypadków i przekonania (zwłaszcza wyborcze) obywateli, zrobiły swoje. Jednym słowem, komunistyczna mentalność w zarządzaniu informacją, stała się postkomunistyczną i działała nadal. 

 

Pro publico bono

W jakimś sensie oczywiście nie było wyjścia. Zarządzanie gigantyczną załogą mediów państwowych było problemem (do tej pory TVP i Polskie Radio mają przerosty zatrudnienia). Załoga ta najlepiej więc funkcjonowała w starych reżimach, a rynkowe podejście do zarządzania czasem antenowym dopiero się rodziło. Nie było też potrzeby jakiegoś pośpiechu w tej materii, bo jedynie Polskie Radio i Telewizja oferowały pełne pokrycie kraju swoim zasięgiem (Polskie Radio wprawdzie wpadło w tarapaty po katastrofie masztu w Gąbinie, to jednak udało się przecież obejść). 

 

Rządzić tam chcieli wszyscy, bo za Radiokomitetem stały olbrzymie, jak na tamte czasy, kwoty pieniędzy. W kolejce do kasy stali artyści kabaretowi, znani reżyserzy i wszelkiej maści dziennikarze i publicyści. Mało tego, każdy z nich uważał, że jest potrzebny a - w przypadku filmowców - że jego dzieło jest najwybitniejsze i warte nakręcenia. Politycy również ustawili się w kolejeczkę, choć nie do kasy ale czasu antenowego, bo każdy z nich, wszak mieliśmy już pluralizm, chciał naród przekonywać, że ma rację. 

Ktoś  musiał nad tym panować, ale persony wymienione wyżej, przez niemal trzy lata nie mogły dojść do porozumienia nad kształtem ładu medialnego w nowym ustroju. Idea była piękna: niepolityczne media publiczne, zarządzane przez zewnętrzny organ, kontrolowany po społu przez Sejm, Senat i Prezydenta. Pomysł francuski, ale z szansami powodzenia na implementację w naszych realiach, abyśmy mieli swojej BBC. Tuż przed końcem 1992 roku uchwalono więc „Ustawę o radiofonii i telewizji”, która kontrolę nad majątkiem Radiokomitetu przekazywała w ręce Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która z kolei przekazała to wiano nowo powołanym spółkom Telewizji Polskiej i Polskiemu Radiu. 

 

Wojna o media

Powinno być już pięknie, ale nie było. KRRiTV, pod wodzą Marka Markiewicza, wykonała co trzeba. Powołała władze spółek i te, z dniem 1 stycznia 1994 zaczęły rządzić. Początkowo się podobały. Prawa i lewa strona była zadowolona. Idylla trwała jednak krótko, bo rządząca w latach 1993 - 1997 lewa strona, w pewnym momencie poczuła się dotknięta prezentacją sposobu rządzenia i najchętniej widziałaby kogoś innego u steru. Ale jak to zrobić? Za czasów Radiokomitetu premier mógł z dnia na dzień wymienić kierownictwo. Teraz nie mógł.  To wówczas rozpoczęła się niekończąca się opowieść o odwoływaniu i powoływaniu, a może powoływaniu i odwoływaniu władz mediów publicznych. Podjazdy, rokosze, pohukiwania, straszenie, szukanie (czasami też i znajdowanie) afer i skandali były i są na porządku dziennym. Z perspektywy czasu dwa sposoby okazały się najbardziej skuteczne: odwołanie KRRiTV (np. przez odrzucenie sprawozdania, albo inne rozmaite kruczki) lub zmiana ustawy, która wymusi odwołanie KRRiTV i powołanie nowej, bo KRRITV jako taka być musi, jest organem konstytucyjnym. 

 

Burza w szklance wody

Powołanie TVP SA i PR SA sprawiło jednak jeden mały cud, prawie nie zauważony przez panów w czarnych garniturach, urzędujących na Wiejskiej. Polegał on na tym, że spółki te musiały trochę dokładniej zacząć oglądać wydawane przez siebie pieniądze, a także zacząć o nie zabiegać, zbierając benefity z rynku reklamowego. Pojawiła się przecież konkurencja, która raczej nie interesowała się polityką tak mocno, jak politycy nią. Nie interesowała się, bo zainteresowanie widzów czy słuchaczy było niewielkie i ograniczało się do briefu informacyjnego z ewentualnym krótkim komentarzem. 

 

Powstała zatem niezwykłe ciekawa przestrzeń do analizy. Media publiczne coraz mocniej orientowały się na rynek, walcząc o słuchacza czy widza. Efekt skali oraz posiadane zasoby archiwalne i dość nietuzinkowe pomysły (w części produkcji telewizyjnej, zwłaszcza seriali, nie klonowano produkcji zachodnich), wyprowadziły TVP na pozycję lidera. Oglądalność publicystyki, tak umiłowanej przez  polityków - zawsze chcieli mieć nad nią jakąś kontrolę - była zawsze i nadal jest na stosunkowo niskim poziomie. Wojna toczy się o programy informacyjne oraz kanał TVP INFO, gdzie można jeszcze mieć realny wpływ na sposób prezentacji niektórych treści. Ciężko jest jednak teraz zbudować zespół dziennikarski, który bez oporu podda się wpływom PR-owców  partii politycznych. Właściwie jest to niemożliwe. Sterowanie ręczne zatem odpada. Pozostaje jedynie możliwość ograniczonej kontroli i potraktowanie nadawców publicznych jako swoistego politycznego lenna, gdzie na wysokich stanowiskach, sowicie wynagradzanych są nasi ludzie i coś tam mogą.

 

Pożoga

Wojna wciąż jednak trwa, choć niewiele jest do zdobycia. Jej skutki są jednak straszne i nie dotyczą samych spółek medialnych. Zbrukano szacunek  wobec zasad prawnych. Aby mieć kontrolę nad mediami, zmienia się prawo. Jeżeli zaś prawo nie ma znaczenia, to Polska jest faktycznie republiką bananową, gdzie zasady zmienia się w trakcie gry a prawo można dostosować do aktualnych potrzeb politycznych. Polityk może powiedzieć - będzie to niestety prawda - skoro rządzę, to wszystko mi wolno. Chciałby się dodać, że nie wszystko wypada, ale o tej regule dawno już zapomniano. 


*ORT (rus) - w latach 1995 - 2000 skrót od nazwy: Powszechna Telewizja  Rosyjska
Mitrandir
O mnie Mitrandir

Trudno pisać o sobie, szukając sensu, bo wszelkie kwalifikacje ideologiczne czy religijne a także zainteresowania naukowe stają się względne i jakoś "równouprawnione".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura