Jak włamać się do poczty głosowej? Pismacy Murdocha doskonale to wiedzą. A wy wiecie? Przynajmniej w mojej sieci komórkowej dostęp do wiadomości poczty głosowej, wówczas kiedy nie dzwonię ze swojego własnego telefonu, jest banalnie prosty. Wybierasz numer serwisu poczty głosowej, podajesz swój (lub inny) numer telefonu, podajesz PIN, który składa się z 4 cyfr i wszystko. Tylko 4 cyfry chronią prywatność twoich wiadomości, a ludzie bardzo często podają wówczas zwykłe 1234 i po sprawie.
Co więc trzeba było znać aby włamać się do poczty głosowej jakiegoś celebryty? Po pierwsze numer telefonu abonenta, w tym wypadku podsłuchiwanej osoby - paradoksalnie, rzecz najtrudniejsza do ustalenia. Po drugie, nazwę operatora - tych jest przecież zaledwie kilku, a jeśli nawet ktoś przeniósł numer, drogą eliminacji w końcu trafi się na właściwego. No i wreszcie kod PIN. I tu niespodzianka: ponieważ przy błędnych wprowadzeniach PIN-u system zaledwie przerywa połączenie, to po kilkunastu próbach - jest duża szansa, że ustalenie PIN-u się powiedzie (co sprawdziłem chałupniczym testem). Nie ma tu ryzyka, jak w przypadku kart płatniczych, że trzy nieudane próby wprowadzenia numeru PIN powodują unieważnienie karty. Na koniec, ile może to zająć? Od kilkunastu minut do kilku godzin, a potem sobie można „podsłuchiwać” ile wlezie - przynajmniej do momentu, kiedy figurant się nie zorientuje.
Trzeba więc jasno powiedzieć, że dziennikarze News of the World i wynajęci przez nich detektywi, nikogo nie podsłuchiwali metodami policyjnymi. Technicznie było to raczej niemożliwe, bo musieliby mieć dostęp do central i systemów sterowania operatorów komórkowych. Złamanie kodowania transmisji GSM, kiedy ktoś rozmawia przez telefon, teoretycznie jest możliwe, ale trzeba by za „figurantem” jeździć wozem pelengacyjnym, upstrzonym antenami, holującym za sobą jakiś superkomputer. Prościej byłoby wgrać wirusa do telefonu "figuranta", który retransmitowałby rozmowę via internet (takie niebezpieczeństwo jest realne, ponieważ współczesne telefony to nic innego jak małe komputery, tak samo podatne na złośliwe oprogramowanie jak duże biurkowe pecety). Reasumując, bez wpięcia się w centralę do której wolny dostęp - przynajmniej w Polsce - mają wszelkiej maści służby (nie przypuszczam, aby w Wielkiej Brytanii było inaczej) podsłuch, (przypominający filmy szpiegowskie (wielkie szpulowe magnetofony nagrywające każde słowo) był niemożliwy.
O co więc tu chodzi? Zwyczajnie nie powinni tego robić, ale kusiło ich odsłuchiwanie wiadomości - jakie różnym znanym ludziom - zostawili inni znani ludzie. Dzięki temu mogli publikować swoje, bez wątpienia, szmatławe teksty o skandalach ze świata wyższych sfer. Wystarczyło być cierpliwym i kojarzyć fakty a historia właściwie sama się pisała. Bez większego wysiłku i dużych środków. Pech chciał, że żądza zdobycia informacji, wmieszała ich w sprawę porwania i morderstwa. Takiej okoliczności, nie przewiduje żaden kodeks etyki dziennikarskiej.
Na tym można by właściwie zakończyć, gdyby nie to, że jest jeszcze jeden „pech”. Ów „pech” dotyczy tego, że politycy Partii konserwatywnej od czasów Żelaznej Damy, mają znakomite kontakty z całym imperium Ruperta Murdocha i z nim samym włącznie. Ciężko będzie wskazać a następnie udowodnić to, że między sprawą podsłuchów a karierą Davida Camerona istnieje jakikolwiek związek oprócz towarzyskiego. To jednak wystarczy, aby go pogrążyć. Znacznie szybciej może jednak utonąć sam Murdoch. News Corp. jest straszliwie zadłużona. Jeżeli więc jeden z głównych jej biznesów, jakim jest News Int. popada w opały i kurs akcji leci w dół, może się okazać, że koncern straci płynność finansową. Wtedy na rynku medialnym zaczną dziać się dantejskie sceny, bo z obiegu wypadnie gość, który był swoistym trendseterem dziennikarstwa od jakichś czterdziestu lat.
Gdyby ktoś szukał podobieństw pomiędzy skandalem podsłuchowym a aferą Watergate, może sobie darować. Nie ma ich. Machlojki ekipy Nixona, wykryte przez „Washington Post” zupełnie nie pasują do skandalu, jaki - na własną szkodę - stworzyły media Murdocha. Podmuch eksplozji bomby NotW może - zupełnie przy okazji - zmieść Camerona z powierzchni politycznego życia.




Komentarze
Pokaż komentarze