Można zabawnie wyjaśnić powody obecnego kryzysu finansowego. Ludzie to robią i wychodzi im to całkiem przyzwoicie. Tłumaczą schematy zarządzania ryzykiem, zasady obliczania prawdopodobieństwa zysku i straty. Skomplikowane modele i wzory można zamienić w kilka infografik, które przeciętnemu obywatelowi coś tam wyjaśnią, może nawet trochę uspokoją. Tylko po co to robić, jeśli nie implikuje to zmiany? Analitycy finansowi, wypełniający swoimi osobami studia kanałów ekonomicznych naszych kablówek, wyjaśniając kryzys zwykle pomijają przy tym jednak fakt, że transfery finansowe mają charakter globalny. Właściciele fortun ulokowanych w akcjach, obligacjach, złocie i różnego rodzaju innych aktywach są w stanie „by one click” uciec z niebezpiecznego rynku na jakiś inny, uznawany przez nich za stabilny i przeczekać sztorm (względnie zwiększyć jego siłę, aby konkurencja poszła na dno). Nie liczą się skutki społeczne. Bieda. Bezrobocie. Komputer wyposażony w aplikacje, uwzględniające matematyczne założenia obrotu papierami wartościowymi stał się narzędziem szybkiego wzbogacania a Internet idealnym kanałem transferu kapitału in/out. Komu to zawdzięczamy? Johnowi Wiliamsonowi i jego konsensusowi… dodać należy: waszyngtońskiemu.
Konsensus waszyngtoński jest w istocie zestawem wskazówek. Nie jest traktatem międzynarodowym, konwencją czy nawet jakąś ustawą, przyjętą przez parlament jakiegoś kraju świata. Jednakże aby dostać pieniądze od Banku Światowego czy MFW, należy owe „dobre rady” stosować. Przyświeca im hasło: liberalizacja i deregulacja. Cel jest jeden: rynki poszczególnych krajów świata powinny działać podobnie, oferując podobny - niewielki - zakres interwencjonizmu państwowego w obrót walutami, działalność banków czy wymianę handlową. Można nawet założyć, że Wiliamson, posługując się przykładami degradacji państw afrykańskich, założył, że państwo jako takie jest złe i nie powinno zajmować się kwestiami ekonomicznymi, jeśli specjalnie nie musi. No i udało się. Rynki finansowe są liberalne, giełdy wolne a wszystko produkujemy w Chinach - bo tam jest najtaniej. Zakładając, że świat jest jednym państwem, którego 10-punktową konstytucją jest właśnie konsensus waszyngtoński, to kryzysu nie ma. Mamy tylko do czynienia z lokalnymi trudnościami w Europie czy Stanach Zjednoczonych. Nasze aktywa spokojnie sobie przeczekają w Dubaju, a chwile oczekiwania umili nam inwestowanie w budowę autostrad i stadionów w Brazylii. Z nudów potrzęsiemy kursem walutowym w Polsce, zarabiając przy tym jakieś grosze. Coś jednak trzeba robić, kiedy akurat główne rynki trochę się posypały.
Odrobina wyobraźni wystarczy więc aby dostrzec, że współczesny świat, opleciony siecią światłowodów, do złudzenia przypomina średniowieczny sposób handlu. Kupiec podróżował od miasta do miasta, od targu do targu, sprzedając swoje towary. Ryzykiem dla niego była z reguły sama podróż a podstawowy koszty ograniczały się do cła, utrzymania konia(i) i siebie samego. Kupiec sam decydował, gdzie i za jaką cenę sprzeda swój towar. Dziś jest identycznie. Nie ma zbójów, ceł i koni. Jest internet i szereg rynków do wyboru. Kupiec ma do pomocy agencje ratingowe, które oceniają możliwości zarabiania na poszczególnych rynkach, a lokalne rządy z konieczności zajmują się marketingiem i reklamą - obiecując coraz to nowe pakiety liberalizacyjne - aby przyciągnąć kupców. Odbywa się to kosztem obywateli, kto jednak w średniowieczu przejmował się obywatelem i jego problemami. Jeśli uda się zaspokoić jego biologiczne potrzeby, to w zasadzie wystarczy. Zrównoważony rozwój jest mitem na użytek mediów, ponieważ - trzeba to zdecydowanie stwierdzić - żyjemy w epoce ponowoczesnego feudalizmu, gdzie dominuje egoizm połączony z permanentną rządzą zysku.
Świat feudalny epoki średniowiecza cechował się dominacją opartą o ziemię. Dzisiaj jest to dominacja oparta o finanse, która pozwala kontrolować całe państwa niczym filie przedsiębiorstwa. Niekiedy zdarza się, że państwo - jak ChRLD - jest samo w sobie takim przedsiębiorstwem, to jednak są wyjątki. Większość państw, w nadziei polepszenia swojej sytuacji, podąża za wskazaniami konsensusu waszyngtońskiego. Podąża na ślepo, ponieważ probabilistyka finansowa realnie nie pozwala przewidzieć sytuacji dłużej niż w perspektywie kilku miesięcy. Rola państwa została zepchnięta do roli gwaranta zasad liberalizmu ekonomicznego. Zapomniano tylko o tym, że u podstaw liberalizmu leżała wolność i prawa jednostki a państwo powinno zagwarantować jej rozwój, w tym także jednostek słabszych. Jednakże coś za coś…. Ponowoczesny feudalizm nie akceptuje sytuacji, w której należałoby ponosić koszty rozwoju jednostek. To problem organizacji społecznych. Dawniej zajmowały się tym związki wyznaniowe i zawodowe, dziś robi to ONZ, w rejonach bogatszych nawet samo państwo (jeśli je stać). Bogata finansjera nie przejmuje się tym, no chyba, że może to poprawić jej wizerunek medialny. Zresztą zwykle mieszka i pracuje ona w szklanych zamkach bogatych miast północy i nie musi oglądać slumsów Nairobi czy biednych dzielnic Pekinu. Swoimi zasobami jest w stanie również skutecznie bronić się przed zakusami socjalistów, anarchistów, alterglobalistów i oburzonych, którzy upominają się (zapewne realnie w swoim własnym interesie) o prawa ubogich i słabych. Ci ostatni kiedyś jednak się zbuntują.
Co więc można zrobić? Paradoksalnie: ujednolicić konsensus, tak aby zasady były totalnie takie same dla wszystkich a nie „mniej więcej takie same” i wzmocnić rolę państw, dbając przy tym, aby państwo gwarantowało wolność jednostkom, podmiotom a nie wirtualnym bytom. Nie może też być tak, jak teraz w Chinach… gdzie buduje się puste osiedla. Nikt w nich nie mieszka, bo mało kogo stać kupić takie mieszkanie…




Komentarze
Pokaż komentarze (3)