Izraelski film Liban dostał Złotego Lwa w Wenecji; to najwyższe splendory festiwalowe, jakie dotychczas zdobyli Izraelczycy. Kino izraelskie zaczyna coraz wyraźniej zwyżkować. Szkoda tylko, że tematyka tych filmów - zamiast oscylować wokół spraw ogólnie znanych - jest niemal wyłącznie (wojenna-antywojenna) i pewnie jeszcze taka pozostanie czas jakiś (...).
W ciągu ostatnich dwóch lat nominacje do Oskarów uzyskały filmy Beaufort i Walc z Baszirem, które zostały zauważone i wyróżnione na paru ważnych festiwalach międzynarodowych. Podobnie jak obecny laureat z Wenecji, opowiadają o rozterkach żołnierzy izraelskich w czasie tzw. pierwszej wojny libańskiej (1982), w wyniku której Arafat został usunięty z Bejrutu.
Liban jest filmem klaustrofobicznym - wszystko dzieje się wewnątrz czołgu; reżyserowi Szmuelowi Maozowi – opowiadającemu tak naprawdę historię własnej traumy ciągnącej się za nim od ponad 20 lat - udało się wcisnąć nas w ten cholerny czołg. Liban ma niezłe rozwiązania techniczne - jest dobrze zrobiony i momentami przejmujący. Po prostu dobre kino.
Izraelczycy przyjęli weneckiego Lwa z mieszanymi uczuciami: jedni są zadowoleni, ale inni uważają, że Liban został doceniony w Europie, bo... „wyraża treści pacyfistyczne i antyizraelskie”. W necie przelewa się od takich komentarzy. Jakiś rezerwista napisał: zabiłem na tej wojnie paru wrogów i sam o mało nie zginąłem, i tak samo wychowałem swoje dzieci.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)