W medialno-kryminalnym kociokwiku z utrąceniem Dominique'a Strauss-Kahna (DSK) najgorsze wcale nie jest to, co myślicie. Nie chodzi o numery spiskowe i względy moralne - to wszystko pozostawmy onanistom od SF, porąbańcom, rasistom i socjo/psychologom społecznym, czy nawet zwykłym antysemickim przygłupom (kolejność dowolna).
Prowadząca śledztwo nowojorska policja ze sporym opóźnieniem doszła do wniosku, iż czarnoskóra pokojówka Nafissatou Diallo* nie padła ofiarą seksualnej napaści ani gwałtu oralnego. Stało się to, dopiero w ostatnią środę, gdy odcyfrowano ostatecznie zapisy rozmów telefonicznych, które przeprowadziła po tym, jak DSK został zatrzymany.
Najbardziej znana pokojówka świata grypsowała jakimś bliżej nieznanym żargonem plemiennym z zachodniej Afryki i dlatego NYPD miała poważne trudności ze znalezieniem tłumacza... Dokładnie takie same opóźnienia miała w swoim czasie CIA z tłumaczeniem z arabskiego przechwyconych w eterze i w sieci rozmów z terrorystami przed 11/9.
Wnioski są oczywiste, a chodzi o coś dużo więcej niż osobistą tragedię DSK, której bynajmniej nie bagatelizuję. Amerykanie za kadencji Obamy coraz wyraźniej popadają w swoją przysłowiową „splendid isolation” - dziedzictwo z czasów między obu wojnami światowymi. Nie wiem i chyba nikt tego nie wie, czy jest to strategia zamierzona.
Rzecz jasna, są to złudzenia - świat bez Amerykanów rozpieprzyłby się przy byle okazji - każdy kto ma oczy w głowie wie, o co chodzi. Lepiej załatwić na czas zdolnych tłumaczy.
@
*Zwanej Ofelią.



Komentarze
Pokaż komentarze (53)