Wcale mnie nie bawi, że tłusty koczkodan Kim z Phenianu blefuje, choćby nawet wiadomo było do końca, że tak jest (?). Trzeba być kompletną niemotą, żeby nie przejmować się "odległym kryzysem”, który w kategoriach obciachów globalnych nie ustępuje kryzysowi kubańskiemu z 1962.
Wystarczy wczytać się w „Szaleństwo władzy” Barbary Tuchman o tym, jak pickwickowe, acz racjonalne państwa Europy dały się wciągnąć w wir I światówki. Skąd np. można mieć pewność, że temu komicznemu Kimowi i jego generałom w operetkowych czapach nagle naprawdę nie odwali?
Nie znamy tego kolesia, sytuacja może wyrwać się spod kontroli. Groza tym większa, że tak naprawdę W OGÓLE nie znamy bohaterów tego dramatu. W Pekinie nowy prezydent Xi Jinping (pierwsza wizyta w Moskwie); w Seulu nowa prezydent Park Geun-hye (dziś zagroziła odwetem Phenianowi).
Ale okej; załóżmy w miarę optymistycznie:), że za pogróżkami Phenianu stoi Pekin (a może i trzeźwa na umyśle putinówka...) - chcące przetestować, czy Amerykanie faktycznie wycofują się z areny światowej. Załóżmy nawet ciut mniej optymistycznie, acz doraźniej..., że za teścikiem stoją Irańczycy.
Obama i Chuck Hagel - uważani za pacyfistów i zwolenników splendid isolation - wysłali do Korei najpierw niewidzialne bombowce B-2, a wczoraj jeszcze równie niewidzialne myśliwce bombardujące F-22. W okolicy jest też stosunkowo świeży i b. konfrontacyjny premier Japonii Shinzo Abe.


Komentarze
Pokaż komentarze (59)