Jeden z izraelskich dzienników zamieszcza karykaturę, na której Ahmadineżad - oglądając w tv wojnę w Gruzji - mówi do ajatollaha w białym turbanie (Ali Chamanei): wreszcie trochę spokoju. Oczywiście jest to pudło; mułłowie wiedzą doskonale, że właśnie teraz lepiej nie podpadać Amerykanom, do serca których trafić też można czasem via Izrael.
Najlepiej widać to na przykładzie związanego z Iranem giganta XXI wieku, prezydenta Wenezueli, Hugo Chaveza, usiłującego wyraźnie zbliżyć się do Waszyngtonu. Ten czerwony desperado postępuje panicznie śla dami libijskiego płk. Kadafiego, który po I wojnie w Zatoce wolał pośpiesznie zrezygnować z programu “A”, żeby ugłaskać Amerykanów.
Chavez, znany z chamskiej antyamerykańskiej i antyizraelskiej retoryki, spotkał się przedwczoraj niespodziewanie w Caracas z Ronaldem Lauderem, przewodniczącym Światowego Kongresu Żydów (WJC). Tematem rozmów było zwalczanie antysemityzmu w Ameryce Łacińskiej, a Chavez obiecał też wysłać ambasadora do Izraela po 1,5-rocznej przerwie.
Cienki głosik Chaveza wynika ze słusznego poglądu, że jednym z głównych wyników wojny na Kaukazie będzie określenie na nowo światowych stref wpływow - amerykańskiej i rosyjskiej. Wyraźnym krokiem ku temu jest tarcza antyrakietowa i Patrioty w Polsce. Jeśli idzie o utraconą cześć Chaveza - szczury nie płyną przecież…do tonącego okrętu.




Komentarze
Pokaż komentarze (19)