Na poziomie tzw. wielkiej polityki - zachodni świat roni ślozy po Pervezie Musharrafie, prezydencie 160-milionowego, atomowego Pakistanu, który wczoraj odszedł z urzędu. Facet doszedł do władzy 9 lat temu w wyniku wojskowego & bezkrwawego (…) zamachu stanu, po czym okazał się dyktatorem oświeconym, choć jeszcze do niedawna łaził w mundurku.
Gen. Musharraf miał osobowość złożoną: umożliwił rozwój wolnych me diów, ale też dowalał opozycji i wywalił prezesa sądu najwyższego, Iftikhara Chaudhry’ego, gdy ten zaczął grzebać się w sprawach wojsko wych. Zirytowało to tłumy prawników, którzy - ubrani w białe koszulki i machając Koranami - domagali się na ulicach odejścia Musharrafa.
Wszystkie to nic jednak w porównaniu z faktem, że Musharraf, jako bliski sojusznik USA w zwalczaniu terroryzmu, nie mógł sobie poradzić z bańdziorami al-Kaidy oraz Talibanu w pustynno-plemiennych jaskiniach na pograniczu Pakistan-Afganistan. Przypuszczalnie to właśnie sprawiło (a nie jakieś drobiazgi), że Amerykanie spisali go teraz na straty.
Można oczekiwać spokojnie, że już niedługo inna gustowana postać (w garniturku…military-style) - wyłoni się w Karaczi, przejmując zwinnie pre zydenckie berło. Musharraf zakodował się w powszechnej pamięci, jako generał z poczuciem misji; spytany na przyklad w tv, kto wygrałby wybory w Pakistanie, Bush czy bin-Laden, odparował: żaden z nich.




Komentarze
Pokaż komentarze (15)