Parę miesięcy temu napisałem na blogach, że - na moje subtelne wyczucie - Amerykanie w najbliższej przyszłości nie wybiorą na prezydenta “Żyda, Kobiety lub Murzyna” (duże “k” w środku z nabytej kurtuazji). Oczywiście syna Izraela dodałem na wszelki wypadek i dla ozdoby, bo na farcie Żydzi nie są tacy głupi, żeby startować w tej konkurencji.
Miałem rzecz jasna na myśli nie tyle Wschodnie i Zachodnie Wybrzeże, gdzie liberalno-lewoskrętne środowiska zapatrzo ne są hipnotycznie w Obamę, widząc w nim symbol odnowy. Przeciwnie: chodziło mi o interior amerykański, decydujący tak naprawdę o wynikach wyborów, a więc tych wszystkich facetów w kowbojskich kapeluszach i pikapach.
Moje subtelne oceny, jak wiadomo, już się częściowo sprawdziły. Pani Hilary odpadła w przedbiegach, choć b. się starała, mając do pomocy jednego z lepszych pijarowców - własnego małżonka. Otóż idę ponownie o zakład (jeden już stoi o wędrowniczka) - że facety w kapelusikach nie zagłosują na ciemnoskórego Obamę (ulubieńca lewaków w UE).
Oczywiście w sukurs McCainowi (i świetnie wybranej pani z Alaski) ruszyli niezawodni, jak zawsze, towarzysze ze Wschodu. Udało im się wprawdzie przydusić Gruzinów - e tutti quanti, ale tak naprawdę głów nym rezultatem zadymy kaukaskiej jest podłamanie słynnego efektu afgańsko-irackiego w Stanach, a więc podważenie pozycji Obamy.
Jest to najlepsza rzecz, o jakiej można mówić u progu jesieni; poza faktem, że pod koniec września w Tel Awiwie wystąpi Paul McCartney (pomimo wrzasków lewackich palantów z UE i tych z Ramallah).




Komentarze
Pokaż komentarze (39)