Ostre jodłowanie dochodziło tym razem z południowej Austrii, gdzie tłumy odprowadziły na ostatni spoczynek - tzw. “kontrowersyjnego i populistycznego” gubernatora Karyntii, Joergera Haidera. Facet rozwalił się po pijaku służbowym wozem; tak naprawdę był zwykłym naziolem wychwalającym Waffen SS, Saddama Husajna i reżim irańskich mułłów.
W związku z tym urządzono mu pochówek wojskowy z kompanią honorową…komandosów etc. - a kroczący w kondukcie socjaldemokratyczny kanclerz Austrii, Alfred Gusenbauer, wyemitował panegiryk. Wg niego “zmarły był postacią wybitną, której należy się głęboki szacunek, za to m.in., że unaoczniał konieczność zmian w polityce austriackiej”.
Ta wypowiedź - zdawałoby się niepoważna - wcale jednak śmieszna nie była. Haider wykonał ostatnio efektowny polityczny come back, ze swoją całkiem nową, 3-letnią partią BZOe, zdobywając we wrześniu w wyborach parlamentarnych 11% głosow. Przypusz czalnie, gdyby nie tych parę browarków - przystąpiłby niebawem do rządu jedności narodowej.
Wszystko to jednak pikuś w porównaniu z tym, że w kondukcie w Klagenfurcie szli też zgodnie: Jean-Marie Le Pen, optujący za usunięciem emigrantów arabskich z Francji i syn libijskiego pułkownika Kaddafiego. Zaś Karlheinz Klement, dawny współpracownik Haidera z partii wolności, wyraził przekonanie, że wypadek samochodowy był robotą Mossadu.




Komentarze
Pokaż komentarze (12)