Kiedyś w książce ”Grupy na wolnym powietrzu” napisałem, że jakiś pijaczek zobaczył z bliska ufo nad Warszawą. Parapsychologiczne zjawiska zdarzają się też w dzisiejszej Polsce z Żydami. Tak naprawdę Żydów nie ma, ale za to we wszystkich możliwych grajdołach mnożą się festiwale żydowskie. Grody i wiochy przypominają sobie, że kiedyś były sztetlami.
Potrzeba wypełnienia dotkliwej próżni…nie wynika tylko ze względów polityczno-handlowych, lecz zdaje się zaspakajać tętniące w trzewiach nienasycenie (jakby powiedział mistrzu). Z desperacji i pulsującego poczucia braku czegoś… wymyślono nawet w Polsce “żydowską gazetę”, która w związku z tym nic, tylko udawadnia na okrągło, że broń Boże.
Tym razem uwagę skupiłem na “Życiu Warszawy”, które zamieściło grzeczną rozmówkę ze Zbigniewem Wodeckim. Ten opowiedział story, jak to na początku lat 70. wybrał się z orkiestrą symfoniczną na tournee do Włoch. Jak wiadomo, ludzie wyjeżdżający wtedy na Zachód oszczędzali na jedzeniu, żeby dietki dwizowe przywieźć z powrotem.
„Gdy w restauracji w Rzymie muzycy zamówili jedną małą pizzę na sześciu, obsługa była przekonana, że to jakaś sekta, chcąca spożyć coś wspólnie w celach rytualnych. Jedna ze skrzypaczek pochwaliła się drugiej pięknym serwisem na 12 osób nabytym okazyjnie „u Żyda”. Tamta popatrzyła i buchnęła śmiechem- 2 godziny temu tam go sprzedała”. Hie-hie.
x
Nie chodzi jednak o śmieszną i łzawą historyjke, bo wiadomo, co z ludzi robiła komuna; chodzi o to, że takim kretyńskim gadaniem, a zwłaszcza zakodowanym głęboko w trzewiach kretyńskim myśleniem - w życiu się ze sobą nie dogadają oba wybrane narody.




Komentarze
Pokaż komentarze (43)