Najciekawszym akcentem wyborczym w Stanach był wymyślony w ostatniej chwili sticker, na którym Obama i McCaine zamienili się kolorami. Podpis głosił, że nie karnacja, lecz światopogląd etc. - numer błyskotliwy - nawet pijarowcom fuksem coś wychodzi. Co ciekawe: w tej podmiance wg mnie McCaine dużo bardziej wygląda na Murzyna niż Obama, który z kolei dużo bardziej wygląda na białego niż McCaine.
Ta płynność światła białego, którą można by nazwać syndromem Obamy - zaczyna promieniować na resztę świata. Angole, Francuzy i Makaroniarze pierwsi zaczęli walić się pierchy, że żaden kolorowy u nich nie wystartuje do prezydentury; w Polsce nie mają startu nader liczni w tym kraju synowie Izraela; w Izraelu - ciemnoskórzy Żydzi z Etiopii, a w egzotycznych afrykańskich demokracjach jakieś przypadkowe białasy.
Ale co tam kolory; pamiętam, jak Obama - podczas lipcowej wizyty w Izraelu - wcisnął karteluszek między głazy jerozolimskiej Ściany Płaczu. Wybuchła straszna afera, bo jakiś anonimowy ortodoks wyciagnął kartkę ze szczeliny i sprzedał dwu rywalizującym ze sobą gazetom: Jedijot Achronot i Maariwowi. Te oczywiście na drugi dzień z hukiem wywaliły świstek z całkiem czytelnym tekstem na pierwszych kolumnach.
W liściku spreparowanym zapewne przez pijarowców - Obama prosił Wszechmogącego o opiekę nad swoją rodziną, powszechny pokój i zmiłowanie na świecie itepe. Bodaj w dopisku poprosił też, żeby Bóg miłosierny ustrzegł go przed grzechem pychy i próżności. Tak w ogóle, to ciekaw jestem, czy tego rodzaju dziwaczna prośba przyszłaby na myśl np. - liderom supercywilizacji Mazowsza lub Bliskiego Wschodu.




Komentarze
Pokaż komentarze (17)