Gdy obserwuję nasze dzielne media, ze zdumieniem opisujące jaki burdel nas otacza (zapewne od niedawna, bo przeciez gdyby od dawna, to z pewnością by go opisały), przypomina mi się wierszyk Antoniego Marianowicza, z pamiętnego (dla mnie z opisów) 1956 roku.
A Wam?
Rzekł polityk: rzecz to jasna chyba,
Proszę państwa, że buldog to ryba,
A uczony, specjalista od ryb,
Wnet określił gatunek i typ,
Na szkoleniach kuli w nas mądrości,
Jakie buldog ma w swym ciele ości,
Tak że tylko dywersant i wróg
O buldogo-rybach wątpić mógł.
Ja w tej sprawie nawet mam alibi,
Bo milczałem w sposób całkiem rybi,
Ale gdy się zdobyłem na gest,
Żyrowałem tę sprawę – tak jest.
Czy mną wtedy kierowała trwoga?
Raczej zdanie, że w kwestii buldoga,
Gdy wychylę się chociaż ciut ciut,
Wnet zaprzedam ojczyznę i lud.
Dzisiaj wstydzę się bardzo i czule,
Jak najdroższy skarb do serca tulę,
Tę najprostszą z wszystkich prostych tez:
Proszę państwa, buldog to jest pies!




Komentarze
Pokaż komentarze