Suwerenność nie może być dzielona – pisał prawie czterysta lat temu angielski filozof Thomas Hobbes. Warto dziś przypomnieć te słowa rządzącym naszym krajem, a szczególnie prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, który już za tydzień w Lizbonie będzie miał do wyboru, czy bronić suwerenności Polski, czy też parafować traktat reformujący Wspólnotę Europejską, znoszący de facto naszą niepodległość. Cztery lata temu tygodnik „NCz!” i politycy Unii Polityki Realnej przekonywali w kampanii przed referendum akcesyjnym, iż wchodząc do WE, Polska straci część suwerenności. Od chwili zostania członkiem WE tracimy wpływ na prawo, które będzie nas obowiązywało, i podatki nakładane na obywateli RP, a w przyszłości w ogóle utracimy suwerenność – ostrzegali konserwatywni liberałowie w „NCz!”. W tym samym okresie tuzy polskiego prawa konstytucyjnego, profesorowie uniwersytetów państwowych przekonywali w największych mediach, iż akcesja do WE nie rodzi żadnych negatywnych skutków dla niepodległości kraju.
Malowany król
O utracie przez Rzeczpospolitą Polską części suwerenności w chwili akcesji do WE nadal nie można pisać otwarcie – to temat tabu dla największych mediów. Tymczasem orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego wprost przyznają, iż to uniosceptycy mieli i mają rację, ostrzegając o pozbawieniu władz RP, w tym w szczególności parlamentu, uprawnień do stanowienia prawa i przeniesieniu tychże uprawnień na władze Wspólnoty Europejskiej – nie pochodzące z wyborów.
„W przedakcesyjnym porządku prawnym (…) parlament, którego źródłem władzy jest bezpośrednio wyrażona w wyborach powszechnych wola Suwerena – panował praktycznie nad całokształtem prawa powszechnie obowiązującego w Polsce, gdyż bezpośrednio tworzył ustawy, pośrednio zaś – m.in. poprzez wytyczne – panował nad rozporządzeniami. Zachowywał też w dużym stopniu kontrolę nad ratyfikacją umów międzynarodowych, która – zgodnie z art. 89 ust. 1 Konstytucji – w wielu przypadkach wymaga »uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie«” – czytamy w jednym z orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Sędziowie TK zauważyli jednak, iż po wstąpieniu do WE parlament stracił swój nieograniczony wpływ na całokształt prawa obowiązującego w naszym kraju. Część jego kompetencji przejęła bowiem Rada Unii Europejskiej, a więc organ składający się z ministrów rządów państw członkowskich, którzy mają decydujący głos w kwestii ustalenia prawa obowiązującego w WE, a więc i w Polsce. Parlament nie ma de facto żadnego wpływu na to, co postanowią ministrowie WE. Nadto propozycje prawa wspólnotowego przedstawia Komisja Europejska i tu już żaden organ władzy RP nie ma jakiegokolwiek wpływu.
W aktualnym stanie prawnym można przyjąć, iż funkcja parlamentu sprowadza się jedynie do „oddziaływania” w możliwie najszerszym zakresie na obowiązujące w kraju prawo i w ograniczonym stopniu do prób wpływania na treść zajmowanego na forum Rady Unii Europejskiej stanowiska Polski w kwestiach unijnych aktów prawnych. Jednak to ostatnie ma bardzo ograniczone znaczenie. Reasumując: Polacy, bez względu na opcje polityczne i poglądy, nie mają wpływu na prawo, które ich obowiązuje. Dość powiedzieć, iż każdy projekt ustawy kierowany do laski marszałkowskiej musi mieć opinię o zgodności z prawem wspólnotowym. Jeśli opinia jest niekorzystna, projekt ustawy ląduje w koszu. Mało tego – gdyby Polska była monarchią bez parlamentu, to po wstąpieniu do WE monarcha także by utracił wpływ na prawo, które obowiązuje jego poddanych. Który król by się na to zgodził?
Słudzy innych panów
Zresztą nie tylko parlament utracił swe kompetencje. Dotyczy to także sądownictwa. Po akcesji do WE utraciło ono władzę nad rozstrzyganiem spraw dotyczących Polaków i prawa obowiązującego na naszym terenie. Częściowo utraciło tę władzę wskutek orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, który, gdy dochodziło do kolizji prawa polskiego z „europejskim”, brał stronę tego drugiego. Zresztą sędziowie Trybunału Konstytucyjnego najszybciej zorientowali się, kto po 1 maja 2004 roku jest prawdziwym suwerenem między Odrą a Bugiem i dlatego m.in. nakazali zmienić Konstytucję RP, by była zgodna z prawem europejskim. Tak właśnie postąpili z europejskim nakazem aresztowania i konstytucyjnym zakazem ekstradycji obywatela RP. Orzekli, iż Konstytucja RP stoi na drodze do egzekwowania prawa wspólnotowego, więc trzeba zmienić… Konstytucję Polski. Z kolei sędziowie sądów niższych instancji mają zakaz orzekania w sprawach z „udziałem” prawa europejskiego i muszą za każdym razem prosić o rozstrzygnięcie Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Tak było w najsłynniejszej sprawie dotyczącej akcyzy na samochody sprowadzane z krajów WE. Wojewódzki Sąd Administracyjny nie mógł sam orzec, czy pobieranie przez polskiego fiskusa owej akcyzy jest zgodne z przepisami wspólnotowymi. Musiał skierować stosowne pytanie prawne do ETS w Luksemburgu.
Kto kogo sprzeda?
Nowy traktat reformujący znacznie rozszerza uprawnienia władz Wspólnot Europejskich przy jednoczesnym ograniczeniu uprawnień władz poszczególnych państw. Po prostu znosi de facto suwerenność państw tworzących Unię Europejską. Nie przez przypadek UE ma mieć osobowość prawną, a prawo „europejskie” ma być nadrzędne nad „krajowym”. Dodatkowo Trybunał Sprawiedliwości uzyska więcej kompetencji kosztem krajowych trybunałów i sądów najwyższych. Parlamenty wprost będą zredukowane do poziomu polskich sejmików wojewódzkich. Rządy państw członkowskich UE też stracą na znaczeniu, bo likwiduje się prawo weta. Jedynie władze Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch będą miały coś do powiedzenia – i to praktycznie one będą rządzić Unią Europejską. Inne będą musiały potulnie siedzieć cicho – w tym Polska, bowiem wbrew temu, co sugerowali obaj bracia Kaczyńscy, ostatni szczyt WE okazał się klęską Polski: nie ma w traktacie reformującym żadnego mechanizmu z Joaniny, dającego Polsce możliwość blokowania decyzji Rady UE, a chwalenie się wydłużeniem obowiązywania systemu nicejskiego z prawem weta to nic innego, jakby chwalić się przesunięciem daty rozbiorów Polski.
Prezydent RP Lech Kaczyński ma jeszcze okazję obronić suwerenność kraju, do czego obliguje go Konstytucja RP, i odmówić parafowania za tydzień w Lizbonie traktatu reformującego. Pytanie tylko, czy jest na tyle odważny, by „nie dzielić suwerenności”.
DODATEK I: Co na to Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej?
Art. 8 ust.1
Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej.
Art. 10.
1. Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.
2. Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały.
Art. 126 ust.2
Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.
Art.130
Prezydent Rzeczypospolitej obejmuje urząd po złożeniu wobec Zgromadzenia Narodowego następującej przysięgi:
„Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.
DODATEK II: Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego
We wniosku z dnia 2 września 2004 r. skierowanym do TK w sprawie zbadania konstytucyjności Traktatu Akcesyjnego został podniesiony zarzut naruszenia przez strukturę instytucjonalną i kompetencyjną WE zasad podziału władzy (art. 10 Konstytucji RP). W opinii skarżących, „zamazywanie podziału kompetencji prawodawczych i sądowniczych na skutek praktyki orzeczniczej ETS” oraz uprawnienia prawodawcze Rady UE „uszczuplają władzę parlamentu, jak i naruszają zasady podziału i równowagi władzy zapisane w art. 10 Konstytucji, prowadząc do despotyzmu Unii Europejskiej i jedynowładztwa Rady”.
Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z dnia 12 stycznia 2005 r. (sygn. akt K 24/04) dotyczące ustawy z 11 marca 2004 r. o współpracy Rady Ministrów z Sejmem i Senatem w sprawach związanych z członkostwem Rzeczypospolitej Polskiej w Unii Europejskiej:
„(…) Rozwój Unii Europejskiej w wielu przypadkach wymusza nowe podejście do zagadnień i instytucji prawnych, które zostały w toku wieloletniej (a niekiedy wielowiekowej) tradycji ukształtowane, wzbogacone orzecznictwem i doktryną, które wreszcie zakorzeniły się w świadomości pokoleń prawników. Konieczność redefiniowania pewnych – wydawałoby się nienaruszalnych – instytucji i pojęć wynika z faktu, że w nowej sytuacji prawnej, wynikającej z integracji europejskiej, może niekiedy dochodzić do konfliktu pomiędzy utartym rozumieniem niektórych przepisów konstytucyjnych a nowo powstałymi potrzebami skutecznego, jednocześnie zgodnego z konstytucyjnymi pryncypiami, oddziaływania na forum Unii Europejskiej (…)”.




Komentarze
Pokaż komentarze (9)