Ja i lekcja historii. Czyli coś o żołnierzach…
Wszystkim prawdziwkom radzę aby się powstrzymali od potępiania jednych ludzi i organizacji walczących w czasie wojny z okupantami, a gloryfikowania drugich, bo ani ci pierwsi nie byli aż tak źli jak co niektórzy o nich mówią ani ci drudzy nie byli tacy kryształowi jak się ich próbuje przedstawiać.
Bo jak zwykle jeśli chodzi o działalność człowieka rzeczywistość nigdy nie jest, ani biała ani czarna, ale zawsze mieni się wszystkimi kolorami tęczy.
I tak też było jeśli chodzi o ludzi i organizacje walczące w czasie drugiej wojny światowej i po wojnie o to abyśmy my Polacy mogli się sami rządzić w swoim kraju.
A mówię to patrząc z okna mojego rodzinnego domu na panoramę gór świętokrzyskich, które nie jedno widziały i były świadkiem nie jednej tragedii ludzkiej i nie jednego upadku człowieka i nie jednego etosu człowieczeństwa w tamtych czasach.
I mówię to na podstawie opowiadań mojego ojca który w tamtych latach żył, dorastał i brał czynny udział w tych zdarzeniach. I to jego opowiadanie daje mi prawo i możliwość do zabierania głosu w tych sprawach o których on jako bezpośredni uczestnik tych wydarzeń opowiadał mnie swojemu synowi.
I to z tych opowiadań wyłania się wcale nie jednoznaczny obraz o ludziach i o organizacjach z tamtych trudnych czasów.
Bo według opowiadań mojego ojca który jako nastoletni chłopiec i syn sołtysa w jednej z świętokrzyskich wsi był świadkiem wydarzeń o których nigdy nie usłyszycie i nigdy nie przeczytacie w żadnym oficjalnym, czy wspomnieniowym obiegu.
Bo żadnemu autorowi tych publikacji nie zależy na tym aby służyć i mówić ku prawdzie, ale mówią albo ku upodobaniu, albo ku gloryfikowaniu swoich zasług.
A obraz jaki się wyłania z tych wszystkich opowiadań mojego ojca wcale nie jest taki jednoznaczny i tak pozytywny dla tych wszystkich organizacji i ludzi którzy w czasie wojny jak to się nam dzisiaj przedstawia tak dzielnie i bohatersko walczyli z okupantami.
Bo według opowiadań mojego ojca w czasie okupacji największym problemem dla mieszkańców wsi położonych wokół gór świętokrzyskich wcale nie był okupant, ale ci co z nim walczyli, lub ci co przynajmniej tak deklarowali.
Bo według relacji mojego ojca okupant choć surowy i bezwzględny to był jednak przewidywalny. Wiadomo było czego się można było po nim spodziewać, wiadomo czego chciał i czego oczekiwał od każdego człowieka i każdej wsi. I tak Niemcy jak opowiadał mój ojciec oczekiwali od mojego dziadka który był sołtysem w tej wsi, aby wieś wywiązywała się z płacenia kontyngentu, czyli oddawała określoną ilość żywności, wystawiała określoną ilość ludzi na szarwark, czyli do pracy na rzecz Niemców w regionie i wysyłała do pracy do Niemiec ochotników. Poza tym do obowiązków sołtysa należało wyznaczyć zakładników którzy mieli być rozstrzelani na wypadek napaści na Niemców, a potem także za ukrywanie Żydów. I te warunki choć surowe i okrutne to jednak były zrozumiałe i przewidywalne, czego niestety jak opowiadał mi mój ojciec nie można było powiedzieć o swoich.
Bo swoi czyli rożne grupy uzbrojonych mężczyzn i kobiet w tamtych czasach nie różniły się jeśli chodzi o sposób prowadzenia polityki niczym od dzisiejszych partii politycznych. Były tak samo skłócone i odnosiły się do siebie z taką samą wrogością i pogardą jak dziś. I odnosiło się wrażenie jak mówił mój ojciec że oni bardziej zwalczali siebie nawzajem niż okupanta.
I każda z tych uzbrojonych grup chciała być najważniejsza i każda wymagała od mieszkańców wsi tego samego czyli jedzenia picia, ubrania i kwater czym doprowadzała mieszkańców wsi do rozpaczy.
I zdarzało się tak że kiedy jedna z tych grup wychodziła ze wsi, to zaraz pojawiała się następna i znowu to samo. A kiedy podczas jednej z bardzo srogich zim na Boże Narodzenie do naszej wsi zwaliło się kilka takich grup, to każda chciał być najważniejsza i każda z tych grub chciała mieć najlepsze kwatery i najlepsze jedzenie i picie. A kiedy to okazało się niemożliwe do zrealizowania to zaczęli się między sobą bić, najpierw na pięści a potem zaczęli do siebie strzelać podpalając parę domów. I wtedy to mieszkańcy naszej wsi musieli się zwrócić o pomoc do Niemców. I dopiero dzięki Niemocą udało się naszej wsi odetchnąć od swoich obrońców.
A jak opowiadał mi mój ojciec przez wieś przewinęły się wszystkie organizacje jakie tylko istniały w tym czasie w Polsce.
A patrząc na dzisiejszą sytuację społeczną i polityczną w Polsce to, morał i nauka z tego jest taka że miną wieki i lata przeminą a nasza Polska głupota nie. I wystarczy się tylko rozejrzeć wokół siebie.
I jak mówi jakieś przysłowie, nie sądźcie, a sami nie będziecie sądzeni, czy coś podobnego……..
305
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (2)