wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
63 obserwujących
98 notek
241k odsłon
  1898   0

Stańczyk, czyli kogo w Polsce jest najwięcej.

Mój ulubiony eseista w zakresie opisywania zasobów kulturalnych, Waldemar Łysiak, za najlepsze dzieło Jana Matejki, a zarazem jeden z najbardziej przejmujących polskich obrazów, uważa "Stańczyka". Słusznie, bo ten błazen kilku naszych monarchów zamykał w sobie narodową skalę,  przeplatającą wybuchy ponurej rezygnacji i nieokiełznanego entuzjazmu. I tak od zarania, a pośrodku chęć spokojnego sielskiego życia, najlepiej na wsi wśród charakterystycznego polskiego pejzażu. Nieprzypadkowo polski jest chyba jedynym językiem, w którym na określenie narzędzi do walki, używa się określenia "broń" lub "uzbrojenie", jednoznacznie wskazującego do czego owe przedmioty mają nam służyć. Nie jesteśmy agresywni, a zaciekłość w walce wykazujemy zdecydowanie w obronie własnej ziemi, a nie w zamiarach zdobycia cudzej. To jednoznacznie odróżnia nas od sąsiadów. Nic zatem dziwnego, że zawierając swój słynny zakład o 100 złotych, opisany przez Józefa Ignacego Kraszewskiego, którego przedmiotem miało być określenie jaki fach w Polsce jest najczęściej występujący, Stańczyk wbrew specyfice czasów i przekonaniu innych, nie wymieniał ludzi trudniących się wojaczką, czy zajęciami pokrewnymi. Postawił na lekarzy i po kilku dniach wszyscy uznali, że zakład wygrał, przeprowadzając precyzyjny dowód. Obwiązał sobie głowę chustą i wyszedł na krakowski rynek opowiadając wszystkim napotkanym, że bolą go zęby. Oczywiście każdy miał dla cierpiącego jakąś medyczną radę, a Stańczyk wszystkich spisywał. Zebrał tego długą listę, potwierdzając postawioną tezę.

Wydawałoby się, że wielowiekowy postęp medycyny, techniki, biotechnologii i wszelkiego rodzaju inżynierii, produkującej aparaturę do leczenia ludzi, powinny radykalnie zmniejszyć liczbę lekarzy, ograniczając ją wyłącznie do tych, posiadających medyczne wykształcenie. Nic z tego. Gdyby Stańczykowi dane było obejrzeć współczesny "blok reklamowy" na dowolnym programie, czy portalu, ze zdziwieniem doszedłby do wniosku, że jego szesnastowieczna teza niczego na aktualności nie straciła. Ale uległ by złudzeniu. Wprawdzie przez ekran przewijają się tłumy różnych aktorów, piosenkarek i celebrytów, wcielających się w rolę zwykłych ludzi, zachwalających specyfiki " na wszystko", z miejsca likwidujące wszelkie dolegliwości, od bólu zęba, po depresję, ale to wbrew przeświadczeniu królewskiego błazna jeszcze niczego nie dowodzi. Nawet gdyby ktoś wpadł na pomysł wykorzystania obrazu Matejki w reklamie. Oto do zafrasowanego Stańczyka, w rytm spokojnej muzyczki podchodzi jakaś znana z serialu gęba i mówi "weź positivum". To też nic nie zmienia, to jeszcze nie lekarze. To tylko ludzie wynajęci, którym z niejasnych powodów przypisujemy publiczne zaufanie, choć nie mają żadnych kompetencji. 

Nie byłoby to żadnym nieszczęściem, gdyby nie to, że ci co powinni w oparciu o swoją wiedzę, doświadczenie i autorytet, przekazywać nam informacje, pozwalające na prawidłową ocenę rzeczywistości, stają się ludźmi niewiarygodnymi, z trudnością maskującymi swoje motywacje polityczne, środowiskowe, czy czysto materialne. Mamy ostatnimi czasy ogromne nasilenie tego zjawiska i przez ostatnie miesiące chyba żaden zawód , czy może lepiej użyć określenia "stan", jak stan medyczny nie zaliczył tak głębokiego upadku. Doszliśmy oto do sytuacji, w której lekarzy w Polsce jest najmniej, a już zwłaszcza wśród tych najbardziej prominentnych i naukowo utytułowanych. Przeraża liczba profesorów którzy w licznych występach medialnych o zaleceniach medycznych rozprawiają jak dziennikarze w studiu przedmeczowym, usiłujący wytypować wynik, na zasadzie będzie remis, o ile nie wygra któraś z drużyn. Inni nastawili się na teleporady, diagnozując klientów na odległość. Wprawdzie stara marynarska anegdota o żonie marynarza, która zajście w ciążę tłumaczyła zdumionemu otoczeniu tym, że mąż rzeczywiście od roku jest na morzu, ale przecież regularnie dzwoni, wskazuje na skuteczność zdobyczy techniki, ale bywa to skuteczność złudna.

Nie dziwi zatem, że w ubiegłym roku liczba zgonów gwałtownie wzrosła, bo wprawdzie służbę zdrowia uchroniono przed załamaniem, ale kosztem załamania dostępności do niej. Najgorszym bowiem rodzajem "pandemii" toczącej nasz współczesny świat jest zupełna atrofia autorytetów, w medycynie jak widać potrafiąca mieć naprawdę śmiertelne skutki. I choć to zjawisko powszechne dotykające wszystkich dziedzin, to ma też swoje drugie oblicze.

Gdyby współczesny Stańczyk chciałby przy pomocy swoich metod badawczych określić kogo w Polsce jest najwięcej, to najprawdopodobniej doszedłby do wniosku, że najwięcej jest ekspertów. A to kim jest ekspert najlepiej oddaje taki oto dowcip:

w ekskluzywnym hotelu z windy wybiega roznegliżowana niewiasta krzycząc, że została zgwałcona. Zapytana kto ją zgwałcił od razu odpowiedziała, że ekspert. Skąd pani wie, że ekspert ? Bo wszystko musiałam zrobić sama!


Lubię to! Skomentuj116 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo