kelkeszos kelkeszos
413
BLOG

Obyś żył w ciekawych czasach. O dzikim polskim kapitalizmie

kelkeszos kelkeszos Biznes Obserwuj temat Obserwuj notkę 27

W życiu trzeba mieć szczęście, a temu szczególnie sprzyja dobre urodzenie. W przypadku moim, a jak mniemam także wielu rówieśników, którzy przyszli na świat w końcówce lat sześćdziesiątych, taki niezwykły, zwłaszcza w Polsce "układ gwiezdny" się przydarzył. Lata dziecięce przypadły na najlepsze w PRL czasy gierkowskie, trauma stanu wojennego nie uderzyła w nas z taką mocą jak w ludzi o kilka lat starszych, a wchodząc w dorosłe życie zastaliśmy otwarte okna różnych możliwości, które zaraz za nami trwale się zatrzasnęły.

Jesienią 1990r., czyli równo z "reformą Balcerowicza", zaczynałem czwarty rok studiów prawniczych, co wymuszało konieczność podjęcia decyzji o specjalizacji. Wychowując się na Służewcu obróciłem wzrok ku umowom losowym ( zakład, ubezpieczenie ), a pod wpływem pewnego telewizyjnego impulsu ( czasami warto oglądać ), zdecydowałem się na kwestie związane z repartycją odpowiedzialności za szkodę, czyli umową ubezpieczenia właśnie. Wtedy na całym wydziale nie było nikogo, kto miałby o tym nieco większe od zielonego pojęcie, nestor polskich ubezpieczeniowców profesor Witold Warkałło już nie żył,  uczniów pośród kadry dydaktycznej nie pozostawił , a zatem wytworzyła się próżnia, w której się ze swoimi zainteresowaniami znalazłem. 

Aby przeciwdziałać temu brakowi punktu zaczepienia, postanowiłem sprawę zbadać od strony praktycznej, czyli spróbować znaleźć sobie jakieś zajęcie, w którejś z dających się wtedy policzyć na palcach jednej ręki firm ubezpieczeniowych. W powszechnym trybie "po znajomości" zdołałem złapać jakiś pośredni kontakt, ale tylko taki, który pozwolił mi na zostanie agentem ubezpieczeniowym. Rozpocząłem działalność w październiku 1990r. i to było przeżycie unikalne, a przy tym niezwykle obfite w skutki życiowe, a także nie dające się nigdzie indziej poczynić obserwacje.

Samo wypełnienie wszystkich formalności zajęło mi może dwa dni. Szkolenie polegało na tym, że mój pryncypał, prowadzący dużą agencję, dał mi warunki ogólne do przeczytania, taryfy do nauczenia i polisy do teczki. A na koniec błogosławieństwo - działaj, do odważnych świat należy!

Nie mogę powiedzieć, że początki były trudne - były koszmarne. Pewnie niewiele osób dziś pamięta, może starsi kierowcy, że do połowy lat dziewięćdziesiątych, obowiązywała dziwna zasada, że wszystkie polisy ubezpieczeń komunikacyjnych wygasały 31 grudnia. Nawet jak ktoś kupił samochód w trakcie roku, to zawierał umowę na okres kilku miesięcy, do końca roku kalendarzowego, a dopiero potem całoroczną od 01 stycznia, do 31 grudnia właśnie. To powodowało, że nagle, w okresie świątecznym, kilka milionów ludzi w Polsce szukało agenta ubezpieczeniowego. Nieświadom tych zagrożeń, jakoś na początku grudnia wydrukowałem sobie kilkaset ulotek i powtykałem je za wycieraczki samochodów zaparkowanych w najbliższym sąsiedztwie mojego bloku.

Początkowo była cisza, ale tuż przed świętami nastąpił kataklizm. Nie jadłem, nie piłem, nie spałem, tylko "trzaskałem" polisy, w warunkach urągających wszystkim zasadom "bezpieczeństwa obrotu". Wobec pewnych mechanizmów byłem bezradny - umawiałem się z człowiekiem na ubezpieczenie jednego samochodu, obliczałem czas konieczny do przejechania w inne miejsce i tam też się na jakąś konkretną godziną umawiałem. Tyle, że w miejscu pierwszego spotkania byli już wszyscy sąsiedzi owego delikwenta, sąsiedzi sąsiadów, z dwóch, trzech, albo czterech klatek schodowych, z jednego samochodu robiło się dwadzieścia. A następni czekali parę przecznic dalej, nie wiedząc co się ze mną dzieje. Zresztą ja sam nie do końca wiedziałem. Ci klienci, do których nie mogłem dotrzeć, wydzwaniali do moich Rodziców ( nie było telefonów komórkowych ), wywołując panikę i tak przez kilkanaście dni w kółko. 

Szczególnie utkwił mi w pamięci przypadek, gdy zaraz na początku stycznia ( termin na zawieranie umów zawsze przedłużano ) miałem dyżur w biurze, mieszczącym się w oficynie starej kamienicy na Emilii Plater. Już przed bramą stała ogromna kolejka, której "uczestnicy" nie chcieli mnie przepuścić do biura.

Mój pryncypał od razu chciał zostać wielkim biznesmenem i wiedząc co się święci w grudniu przygotował się do zajęcia pozycji rekina na warszawskim rynku pośrednictwa ubezpieczeniowego. Lokal wynajmował od spółdzielni inwalidów, która miała kilkanaście dużych parkingów na warszawskich osiedlach, więc wpadł na genialny pomysł, żeby tych parkingowych stróżów przeszkolić w zakresie wypisywania polis. Jak ich zobaczyłem, to byłem mocno sceptyczny, ale szefa nic nie mogło odwieść od realizacji genialnego planu. Z owych kilkunastu "podagentów", rekordzistą okazał się niejaki C., który działając na jakimś praskim parkingu wystawił ponad 400 polis - wszystkie źle, a przy tym zawsze z niedopłatą. Pozostali nie lepsi, tylko działali na nieco mniejszą skalę. Pryncypał stanął na progu zagłady i wyciągnięcie go z tego było pierwszym moim wielkim zadaniem prawniczym.

Wymyśliłem taką formułę, że owi "podagenci" mieli pełnomocnictwo tylko do wystawiania polis zgodnie z ogólnymi warunkami umów, taryfa jest integralną częścią warunków, a zatem przekroczyli zakres umocowania, przez co umowa jest wadliwa. Konsultowałem to z  pewnym wybitnym profesorem  i grupą seminaryjną, doszliśmy do wniosku, że moja interpretacja jest mocno naciągana, ale ludzie po większej części poprzychodzili i te składki dopłacili. Szef był uratowany i to sporo mi w dalszych przygodach ubezpieczeniowych pomogło.

Co wtedy uderzało - 90% samochodów to były małe, albo duże Fiaty, Polonezy, Skody, Wartburgi, Zastawy i Dacie. Jak mi się trafił artysta jubiler z nowym BMW, to składka za ten jeden samochód równoważyła 20 innych. Byliśmy społeczeństwem bardzo egalitarnym pod względem majątkowym, a przy tym biednym. Startującym i do obecnych dostatków i do obecnych rozwarstwień. To wszystko niby niedawno, a świat zmienił się monstrualnie. Pięknie się świeci, ale czy ma tą energię jaką wyzwoliliśmy wtedy, po tym peerelowskim poście? Nie sądzę.

I czy teraz przy tych wszystkich wielkich regulacjach, w których taka działalność jak to moje ubezpieczanie na początku lat dziewięćdziesiątych, w ogóle nie byłaby możliwa, mamy jeszcze w systemie odpowiedni napęd? Nie sądzę. Bohaterowie tamtych czasów powoli odchodzą w różne stany spoczynku, a ci owego "wybuchu supernowej" nie pamiętający, niekoniecznie chcą wierzyć w nasze opowieści. A jednak szkoda.....



kelkeszos
O mnie kelkeszos

Z urodzenia Polak, z serca Warszawiak, z zainteresowań świata obywatel

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (27)

Inne tematy w dziale Gospodarka