wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
83 obserwujących
130 notek
318k odsłon
  1260   9

Paradoks terrorysty, czyli kara śmierci

Demontaż cywilizacji zaczyna się od spraw podstawowych. Jeśli jest dobrze zaplanowany, to kamuflaż trudno odkryć i bez odwołania się do pojęć najprostszych, do istoty rzeczy, nie jesteśmy w stanie zauważyć spisku, osłabiającego konstrukcję. Dopiero gdy siły rozkładu zaczną działać z mocą huraganu, będziemy mogli reagować. To może być zbyt późno.

Nie ma chyba większego rozdźwięku między rządzącymi oligarchiami, a ich poddanymi, niż kwestia stosunku do kary śmierci. Tu akurat sprawa jest jasna, a statystyki prawdziwe. Większość społeczeństw karę główną akceptuje, elity nie i biada temu kto się za nią publicznie opowiada. Barbarzyńca, nikczemnik, tuman, bandyta. 

Sprawa walki abolicjonistów o usunięcie z systemów prawnych możliwości fizycznej eliminacji jednostki obfituje w paradoksy, choćby taki, że najwięksi zwolennicy zniesienia kary śmierci, gdy tylko dorywali się do władzy, stosowali ją w skali ludobójczej, żeby tylko wspomnieć jakobinów i bolszewików. Ogniste kolumny generała Westermana mordujące Wandeę, czy krasnoarmiejcy gazujący chłopów na Powołżu to najdobitniejsze przykłady. Tak sobie poczynali humaniści nie mogący znieść kary śmierci wymierzanej mordercom. Nie ma litości dla przeciwników humanizmu i humanitaryzmu, definiowanego na modłę rewolucjonistów.

W zakresie dekompozycji prawa karnego odnieśli w Europie sukces trwały. Żadnego bandziora nie można w majestacie prawa wysłać na tamten świat. Mówimy tu oczywiście o prawie państwowym, bo gangi, sitwy, korporacje, czy sekty nie czują się abolicjonizmem skrępowane - i jak kontynent długi i szeroki stosują swoiście pojętą karę śmierci, jako środek wymierzania specyficznej sprawiedliwości. My nie. My jako społeczeństwo jesteśmy bezbronni, bo wyłączenie możliwości stosowania fizycznej eliminacji najgroźniejszych zbrodniarzy na taką społeczną bezbronność nas skazuje.

Sprawę doprowadzono do absurdu. Jeśli terrorysta weźmie zakładników, to póki ich przetrzymuje, jest narażony na śmierć. Można go zastrzelić na zasadzie stanu wyższej konieczności. To dla zbrodniarza realne zagrożenie, które mija w momencie, gdy wszystkich zakładników wymorduje. Z tą chwilą staje się chroniony przez prawo. Ma roszczenie. Ofiary nie żyją i ich prawa wygasły, a takimi się nikt nie przejmuje. Ale masowy morderca żyje, więc udzielamy mu ochrony. Z ostatnim tchnieniem ostatniej z mordowanych ofiar, staje się nietykalny. Zabicie go będzie morderstwem. Tak to sobie urządziliśmy.

Nie mam pewności skąd się w naszym języku pojawiło owo "roszczenie", czyli termin oznaczający możliwość wystąpienia do dzierżyciela 'imperium" z żądaniem udzielenia ochrony prawu podmiotowemu. Przypuszczam, że źródłosłów jest tożsamy z pojęciami "rok", "uroczystość", "uroczysko". Roki sądowe każdemu coś mówią - to okresowe pierwotne sądy. Zachowała się ta zadziwiająca różnica w polszczyźnie w wyraźnym rozróżnieniu liczby pojedynczej i mnogiej. Rok mamy od uroczystych sądów, lata od biegu słońca. A zatem na owe okresowe sądy przygotowywano "roszczenia". I tak zostało. Ma je najgorszy zbrodniarz - on od nas wymaga ochrony życia, które staje się nienaruszalne i poszanowania godności, której musimy udzielić.

Musimy, bo tego chcą władcy. Dlatego zamachnęli się na karę śmierci, bo jej eliminacja jest radykalnym zerwaniem z aposteriorycznością prawa. Z jego zakorzenieniem w tradycji. Bo w tej kara śmierci jest czymś absolutnie naturalnym i absolutnie sprawiedliwym. To ona chroni dobra najważniejsze, których naruszenie zmusza do wymierzenia kary głównej. Jeśli nie będziemy jej stosować za ludobójstwo, terroryzm, morderstwa, to system prawny nie ma sensu. Staje się niesprawiedliwy, a taki trwać nie może w czasie historycznym. To destrukcja państwa i wspólnoty, i o nią zapewne chodzi. 

Jeśli masowy morderca nabywa wobec społeczeństwa roszczenia, w momencie dokonania mordu, jeśli w takiej chwili staje się w istocie bezkarny, to w czym tkwimy? Jeśli doprowadziliśmy do systemowej niemożności karania najgorszych zbrodni, bo przecież ktoś kto osiągnął maksymalną możliwą w danym systemie karę, staje się bezkarny, to co skonstruowaliśmy?

Przeczuwamy, że jako stara i zmęczona cywilizacja stoimy w obliczu ciężkiego kryzysu społecznego. Siła i władza przesuwają się do wąskich i bezwzględnych oligarchii. Na różnych poziomach. Od narkotykowych gangów, przez terrorystów parareligijnych, po bezwzględne korporacje, stosujące własne kodeksy i normy. Bronić się nie mamy jak, bo postmodernistyczne prawo wyzbyło się głównego elementu sprawiedliwości - surowej kary, za nikczemny czyn. A takie prawo jest śmieszne. Społeczność nie potrafiąca wysłać zbrodniarza na stryczek, nie ma żadnych kompetencji. I mocy trwania.

Lubię to! Skomentuj129 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka