wsi spokojna wsi wesoła
O ojców grób bagnetu poostrz stal
132 obserwujących
232 notki
603k odsłony
  962   5

Myśli różne o zakładaniu bibliotek

Tytułem notki nawiązałem do słynnego dzieła Izabeli Czartoryskiej "Myśli różne o sposobie zakładania ogrodów", wydanego we Wrocławiu w 1805r. Pierwodruk , zwłaszcza z kompletem rycin jest wyjątkowym rarytasem i pewnie jedną z niewielu zabytkowych polskich książek, wywołujących większe zainteresowanie kolekcjonerów.

Trudno orzec, czy autorka wywołała w Polsce modę na tworzenie ogrodów, czy parków, ale wielce się temu zbożnemu dziełu przysłużyła, także na polu praktycznym, realizując w swoich posiadłościach jak Puławy, czy podwarszawskie podówczas Powązki zaprezentowane w książce założenia. I tu trzeba z satysfakcją stwierdzić, że polski styl życia, niezależnie od okoliczności społecznych, gospodarczych i politycznych, pozwalał na kultywowanie podobnych zamiłowań, niezależnie czy "uprawy" dotyczyły ogromnych parków, czy niewielkich przydomowych działek. Z ziemią i przyrodą Polak kontakt mieć musi, nawet gdy cała jego uruchomiona w tym kierunku energia może się rozwijać na takich skrawkach jak balkon, czy parapet. 

W każdym razie wszystko co związane z ogrodnictwem, to wielka branża, o kolosalnych obrotach , ciesząca się zainteresowaniem wszystkich, bez względu na pochodzenie, czy społeczną pozycję. To dobrze, a nawet bardzo dobrze, bo kontakt z naturą, choćby w najskromniejszej formie jest podstawą naszej konstrukcji. 

Co innego książka. Izabela Czartoryska i szerzej - cała "Familia" miała wielkie zasługi na wzbudzenie w Polsce zamiłowania do zbierania książek, czytelnictwa i edytorstwa. Właściwie nowoczesna historia polskich bibliotek zaczyna się właśnie w Puławach, choć oczywiście wielkich zasług nie można też odmówić Stanisławowi Augustowi, z Czartoryskich po kądzieli jakby nie było. Przed epoką "Puław" dominowały biblioteki klasztorne, a prywatne zbiory były rzadkością, co zgryźliwie zauważył bardzo skrupulatny badacz staropolskich obyczajów - Władysław Łoziński, w swoim słynnym dziele "Życie Polskie w Dawnych Wiekach". Analizując inwentarze wielkopańskich pałaców ze zdumieniem stwierdzał, że w tych posiadłościach było więcej koni niż książek. Pośród mniej zamożnej szlachty było zazwyczaj gorzej i nawet ideał posesjonata "Pan Podstoli" z opowieści Ignacego Krasickiego, w swoim "lamusie" miał trochę dzieł religijnych, w tym dwa po polsku - "Żywoty Świętych" Piotra Skargi i któreś z wydań "Biblii" w tłumaczeniu Jakuba Wujka.

Całe szczęście, że w dobie upadku Rzeczpospolitej znalazło się w Polsce znaczące środowisko, potrafiące jasno zdefiniować przesłanki narodowego przetrwania i potencjalnego odrodzenia. Czytelnictwo i biblioteki. Czartoryscy dali osobisty przykład, pociągając za sobą innych zasobnych obywateli, koncentrujących swoją aktywność wokół Warszawskiego Królewskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, instytucji o zasługach na polu przetrwania polskości - nieocenionej.

I choć historia polskiego edytorstwa jest bardzo długa i już w wiekach XVI i XVII przeżywała swoje wzloty, to w sensie nowożytnym zaczyna się niemal równo z upadkiem państwa, najintensywniej zaś w latach 1803 - 1806. Ta epoka , jak i nieco późniejsze czasy Królestwa Polskiego po Kongresie Wiedeńskim są tu momentem przełomowym, konstytuującym naszą współczesność, bo przy każdej głębszej analizie historii polskiej nauki, literatury, czy sztuki w tym pierwszym porozbiorowym trzydziestoleciu znajdziemy mocne fundamenty.

A zatem czytelnictwo i związana z nim bibliofilia nie są tradycją w Polsce długą. I niestety trzeba przy tym stwierdzić, że z wolna zanikającą. W porównaniu z jakąkolwiek inną gałęzią sztuki, czy kolekcjonerstwa, bibliofilstwo jest żałosnym ubogim krewnym i doprawdy zupełnie nie wiadomo dlaczego tak się dzieje. Obroty na rynku książki zabytkowej ledwie przekraczają u nas kilkanaście milionów rocznie, co może byłoby śmieszne, gdyby nie to, że w konsekwencji oznacza bezpowrotną utratę wielu cennych dla naszej kultury i nauki egzemplarzy, które miast trafiać na półki domowych bibliotek, lądują na śmietnikach , lub w punktach skupu makulatury.

Właściwie nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czemu tak się dzieje, bo przecież nic nas tak nie indywidualizuje jak biblioteka. Obcowanie z książką to swoiste przeżycie, a jeśli do tego dodamy jej historię, to mamy zestaw pozwalający na zakreślenie własnej przestrzeni, do której nie może się wedrzeć żadne oczywiste łgarstwo, z jakimi mamy na co dzień do czynienia w niewiarygodnym nadmiarze. I nie musi to być łgarstwo dosłowne, bo przecież to wynikające z doboru impulsów mających nas odpowiednio ukierunkować - nie jest mniej niebezpieczne. I przed tym powinna nas chronić przestrzeń biblioteki. Wydawałoby się , że to oczywistość. W czasie "pandemii" masy występujących "zdalnie" polityków, celebrytów, naukowców, z lubością nanosiły się na tło bibliotek, pokazując światu ową swoistość. Niezależność sądów opartą o wielki zasób zgromadzony  w przeczytanych  książkach. Widać uznawali taką konieczność i sugestywność autoprezentacji.

A jak jest w rzeczywistości? Żal. W zasobnych polskich domach książka nie tylko nie jest potrzebna. Najczęściej przeszkadza. Zagraca. Kontakt z książką nie ma żadnej intensywności, w przeciwieństwie do kontaktu z kosiarką do trawy. Bo ogród, albo stosownie zaopatrzony garaż, lub "piwniczka" - to tak. Biblioteka nie. 

Obserwując liczne aukcje, z bólem zauważam setki niezwykłych pozycji, z jakimiś śmiesznymi cenami, spadające pod hasłem "brak ofert". I tak wielki dorobek przodków, dający potencjalnie ogromne poczucie pewności siebie, przekonujący, że Polacy nie gęsi, idzie na makulaturę.

Szkoda, że brakuje w kraju kogoś na miarę Czartoryskich, wiedzących, że piękny ogród tylko wtedy jest piękny, jeśli idzie w parze z piękną biblioteką.



Lubię to! Skomentuj86 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo