rafal.sulikovski rafal.sulikovski
30
BLOG

Czas przestać udawać, że jest bezpiecznie

rafal.sulikovski rafal.sulikovski Polityka Obserwuj notkę 0
Są takie momenty w historii, kiedy świat zmienia się szybciej, niż zmienia się język, którym próbujemy go opisać. Jeszcze niedawno przyzwyczailiśmy się do opowieści o globalizacji, wzajemnych zależnościach, cyfryzacji, taniej energii i przekonaniu, że wielka wojna jest już czymś z innej epoki. Wojny oczywiście wybuchały, ale gdzieś daleko. Kryzysy przychodziły falami, lecz rynki miały nauczyć się je amortyzować, granice miały mieć coraz mniejsze znaczenie, a historia — jak chciałby pewien słynny filozof końca XX wieku — miała powoli wygasać.

Świat zmienia się szybciej niż język, którym go opisujemy

Dziś brzmi to niemal staroświecko. Na przełomie września i października 2026 roku świat nie znajduje się jeszcze w stanie globalnej wojny, ale znajduje się już w stanie globalnej rywalizacji, która obejmuje niemal każdą dziedzinę życia państw. Wojna rosyjsko-ukraińska nadal trwa, Bliski Wschód pozostaje źródłem potężnych zaburzeń energetycznych, Stany Zjednoczone i Chiny próbują jednocześnie handlować ze sobą i ograniczać swoją zależność od siebie, a Europa zbroi się w tempie, którego nie pamięta od końca zimnej wojny. Sztuczna inteligencja przestaje być wyłącznie technologiczną sensacją i zaczyna być traktowana jako zasób strategiczny.

Nie jedna wojna, lecz jeden system kryzysów

World Economic Forum nazwał rok 2026 początkiem „wieku konkurencji”. W badaniu ponad 1300 ekspertów konfrontacja geoekonomiczna została uznana za najważniejsze ryzyko mogące wywołać poważny światowy kryzys, przed konfliktem zbrojnym między państwami. 68 procent respondentów spodziewa się w dłuższej perspektywie świata multipolarnego lub rozfragmentaryzowanego. Nie jest to przepowiednia, lecz zapis rosnącego przekonania, że dawny świat wspólnego stołu ustępuje miejsca światu wielu interesów i coraz mniejszej liczby wspólnych reguł.

Co ważne, nie oznacza to końca cywilizacji ani nawet końca wzrostu gospodarczego. Międzynarodowy Fundusz Walutowy w lipcu prognozował wzrost globalnego PKB o 3 procent w 2026 roku i 3,4 procent w roku 2027, choć jednocześnie wskazywał na zatrzymanie trendu spadku inflacji oraz ryzyko związane z nowymi konfliktami i przeszacowaniem aktywów finansowych. Świat nadal produkuje, handluje, inwestuje i zarabia. Tyle że robi to coraz bardziej nerwowo i z coraz mniejszym przekonaniem, że jutro będzie podobne do wczoraj.

To być może najciekawsza cecha obecnej epoki: świat nie wali się w ruinę. Świat się przebudowuje. I właśnie dlatego tak trudno go zrozumieć.

Ukraina: laboratorium przyszłej wojny

Wojna w Ukrainie jest dziś najbliższym Polsce fragmentem większego obrazu, ale nie jest jego jedynym elementem. Gdybyśmy patrzyli wyłącznie na mapę frontu, przeoczylibyśmy to, co może okazać się ważniejsze od kilku kilometrów przesunięcia linii walk. Ukraina stała się laboratorium przyszłej wojny: wojny dronów, wojny przeciw infrastrukturze, wojny elektronicznej i wojny, w której przemysł jest niemal równie ważny jak armia.

30 września rosyjskie rakiety i drony ponownie uderzyły w ukraińską infrastrukturę energetyczną, między innymi w rejonie Kijowa. Ukraińskie władze mówiły o przygotowaniach Rosji do kolejnej kampanii uderzeń na system energetyczny przed zimą. Kilka dni wcześniej Rosja przeprowadziła jedne z najbardziej uporczywych ataków dronowych na Kijów od początku wojny. Równocześnie Ukraina prowadzi coraz głębsze uderzenia w rosyjskie zaplecze, w tym rafinerie i infrastrukturę paliwową.

Wojna coraz mniej przypomina więc obraz z filmów wojennych, w którym dwie armie stoją naprzeciw siebie, a jedna próbuje przełamać drugą. Coraz bardziej przypomina pojedynek dwóch systemów państwowych próbujących pozbawić przeciwnika możliwości funkcjonowania.

Wojna o energię i obronę powietrzną

To dlatego ukraińska obrona powietrzna jest dziś tak ważna. Europa nie debatuje już wyłącznie o tym, ile czołgów można przekazać Ukrainie. Chodzi o zdolność do ochrony miast i infrastruktury, o zapasy pocisków, radary, drony oraz przemysł, który będzie w stanie utrzymać produkcję przez kolejne lata. Unijni ministrowie obrony we wrześniu ponownie wskazywali obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową jako jedną z najpilniejszych potrzeb Ukrainy, a także rozwój europejsko-ukraińskiej współpracy przemysłowej.

To zmienia również samą definicję bezpieczeństwa europejskiego. Ukraina nie jest już wyłącznie państwem, któremu Europa pomaga. W coraz większym stopniu staje się częścią europejskiej infrastruktury bezpieczeństwa.

Rosja: wierzyć słowom czy patrzeć na działania?

I tutaj zaczyna się najtrudniejsze pytanie: Rosja. Moskwa mówi, że nie planuje zaatakować państw NATO ani państw bałtyckich. Tego rodzaju deklaracje padają regularnie. Jednocześnie Rosja nie przestaje prowadzić wojny przeciw Ukrainie, prowadzi działania hybrydowe przeciw państwom europejskim, a 30 września wystosowała do NATO ostrzeżenie dotyczące Kaliningradu, łącząc hipotetyczną próbę izolowania rosyjskiej eksklawy z groźbą bezpośredniej konfrontacji i odwołując się do możliwości użycia broni jądrowej.

NATO odpowiedziało, że jego działania mają charakter obronny, a rosyjską retorykę nuklearną określiło jako nieodpowiedzialną. Na tym właśnie polega pułapka rosyjskich deklaracji. Zbyt łatwo powiedzieć, że Rosja kłamie, ale równie łatwo uznać, że skoro Moskwa czegoś oficjalnie zaprzecza, problem przestaje istnieć.

Państwa nie prowadzą polityki wyłącznie za pomocą zdań. Prowadzą ją za pomocą zdolności, ruchów wojsk, inwestycji, ćwiczeń, doktryn, rozmieszczenia infrastruktury i działań poniżej progu wojny. Oświadczenie dyplomatyczne jest jednym z elementów tej układanki, a nie jej rozstrzygnięciem.

Wojna, której może nikt nie chcieć

W tej chwili nie ma podstaw, aby twierdzić, że Rosja rozpoczęła przygotowania do natychmiastowej, pełnoskalowej wojny z NATO. Europejscy urzędnicy i źródła bezpieczeństwa cytowane we wrześniu wskazywali raczej na rosnącą kampanię sabotażu, cyberataków, presji i innych działań hybrydowych niż na bezpośrednie przygotowanie do wielkiego ataku na Sojusz. Jednocześnie państwa bałtyckie i północno-wschodnia flanka NATO wyraźnie zmieniają swoje kalkulacje bezpieczeństwa.

I jest w tym coś głęboko niepokojącego. Największym zagrożeniem nie musi być bowiem planowana wojna. Może nim być świat, w którym nikt nie chce wojny totalnej, ale coraz więcej państw przygotowuje się do niej, ponieważ zakłada, że w pewnych okolicznościach może się ona stać koniecznością.

Europa znowu odkrywa starą prawdę

Właśnie dlatego Europa zbroi się tak szybko. Według SIPRI europejskie wydatki wojskowe wzrosły w 2025 roku o 14 procent, do około 864 miliardów dolarów. Rosyjskie wydatki wojskowe sięgnęły około 190 miliardów dolarów, a ukraińskie około 84,1 miliarda. Łączne światowe wydatki wojskowe osiągnęły 2,887 biliona dolarów. Był to jedenasty kolejny rok globalnego wzrostu wydatków na wojsko.

Europa, która przez trzy dekady próbowała czerpać dywidendę pokojową, nagle odkryła bardzo starą prawdę: armia nie powstaje w chwili zagrożenia. Zdolności wojskowe wymagają czasu, pieniędzy, infrastruktury i przemysłu. Tak samo działa produkcja amunicji, rozwój obrony powietrznej, budowa zapasów paliwa czy przygotowanie sieci logistycznych.

Dlatego zmiana, którą obserwujemy, nie sprowadza się do prostego kupowania nowej broni. Europa próbuje odbudować zdolność państwa do strategicznego myślenia i do prowadzenia polityki bezpieczeństwa w perspektywie całych dekad.

Bałtyk: geografia znowu ma znaczenie

Widać to szczególnie na wschodniej flance. NATO wzmacnia obronę powietrzną i przeciwrakietową, rozwija zdolności do zwalczania dronów i zwiększa swoją obecność nad Bałtykiem. 15 września włoskie samoloty działające w ramach NATO zestrzeliły drona, który naruszył przestrzeń powietrzną Litwy. Kilkanaście dni później sekretarz generalny NATO Mark Rutte zapewniał Wilno, że Sojusz jest gotów bronić każdego centymetra terytorium państw członkowskich.

To są pozornie drobne wydarzenia, ale historia bezpieczeństwa często właśnie z takich wydarzeń buduje później wielkie rozdziały. Europa zaczyna zatem żyć według nowej zasady: odstraszanie musi być nie tylko deklarowane, ale również wiarygodne i widoczne.

Polska: bezpieczeństwo przestaje być abstrakcją

W tym sensie Polska znajduje się w miejscu szczególnym. Nie dlatego, że jest przeznaczona do odegrania roli w jakiejś przyszłej wojnie, ale dlatego, że należy do państw, dla których geografia przestała być abstrakcją. Bałtyk, Kaliningrad, Białoruś, przesmyk suwalski oraz infrastruktura transportowa prowadząca na Ukrainę stały się realnymi elementami europejskiego systemu bezpieczeństwa.

A jednak byłoby błędem sprowadzenie całego świata do relacji Rosja–NATO. Bo w tym samym czasie drugi wielki kryzys rozwija się na Bliskim Wschodzie.

Bliski Wschód: wojna wraca na rynek ropy

Wojna między Stanami Zjednoczonymi a Iranem wywołała zaburzenia, których skutki wychodzą daleko poza region. We wrześniowym raporcie Międzynarodowa Agencja Energetyczna prognozowała, że światowa podaż ropy w 2026 roku będzie o około 5,7 miliona baryłek dziennie niższa niż rok wcześniej, a pełniejsze odbudowanie dostaw z państw Bliskiego Wschodu zostanie odłożone na 2027 rok. Cena Brent w momencie sporządzania raportu przekraczała 105 dolarów za baryłkę. Pod koniec września, wobec impasu w rozmowach USA–Iran, notowania ponownie rosły i Brent przekroczył 103 dolary.

Energia jest w polityce międzynarodowej tym, czym krew w organizmie. Dopóki płynie, większość ludzi jej nie zauważa. Kiedy zostaje odcięta, nagle wszystko staje się problemem strategicznym. Konflikt na Bliskim Wschodzie bardzo szybko przechodzi więc z mapy regionu do gospodarki całego świata.

Geopolityka wraca do portfela

Ropa wpływa na transport, transport wpływa na ceny, ceny wpływają na inflację, a inflacja wpływa na politykę społeczną. Z kolei sytuacja gospodarcza wpływa na decyzje rządów, zachowanie banków centralnych i nastroje społeczne. Geopolityka przestała być więc odległą dziedziną zarezerwowaną dla dyplomatów i wojskowych. Coraz częściej decyduje o tym, ile kosztuje codzienne życie.

W świecie po roku 2022 coraz trudniej oddzielić politykę zagraniczną od ekonomii. Nieprzypadkowo World Economic Forum uznał konfrontację geoekonomiczną za największe krótkoterminowe ryzyko globalne. Handel, cła, sankcje, eksport technologii, kontrola surowców, łańcuchy dostaw i dostęp do kapitału przestały być neutralnymi elementami globalizacji. Coraz częściej stają się narzędziami nacisku.

USA i Chiny: wojna bez strzałów

I właśnie w tym miejscu pojawiają się Stany Zjednoczone i Chiny. To kolejna rywalizacja, która może przez lata przypominać wojnę, choć wojną w klasycznym sensie nie będzie.

We wrześniu Donald Trump i Xi Jinping spotkali się w Waszyngtonie. Osiągnięto ograniczone porozumienia dotyczące części relacji handlowych, przedłużono czasowe porozumienie taryfowe i utworzono kanał dialogu dotyczący sztucznej inteligencji. Zasadnicze spory jednak pozostały. Równolegle trwa walka o półprzewodniki, metale ziem rzadkich i odporność łańcuchów dostaw. Reuters informował we wrześniu, że restrykcje eksportowe Chin dotyczące itru, istotnego surowca wykorzystywanego między innymi w sektorze lotniczym i półprzewodnikowym, już powodowały poważne zakłócenia dostaw dla firm amerykańskich i japońskich.

Współczesna wojna może więc rozpocząć się od czołgu, ale równie dobrze może rozpocząć się od formularza eksportowego. To jedna z najbardziej niedocenianych zmian naszego czasu.

Nowa geopolityka: dane, chipy, energia

Jeszcze pokolenie temu geopolityka była w dużej mierze sztuką kontroli terytorium. Dzisiaj jest także sztuką kontroli infrastruktury, technologii, danych i przepływów. Właśnie tutaj sztuczna inteligencja wkracza na scenę.

W 2026 roku AI nie jest już wyłącznie rewolucją technologiczną. Jest jednocześnie projektem przemysłowym, narzędziem wojskowym, obszarem walki o przewagę gospodarczą i kwestią bezpieczeństwa narodowego. We wrześniu w Waszyngtonie Donald Trump spotkał się z szefami największych firm technologicznych, a następnie ogłoszono dokument dotyczący zasad rozwoju i kontroli sztucznej inteligencji. Wcześniej Stany Zjednoczone i Chiny prowadziły oficjalne rozmowy o bezpieczeństwie AI, obejmujące między innymi ryzyko cyberataków sterowanych przez zaawansowane systemy.

Technologia zaczyna więc wchodzić w tę samą przestrzeń strategiczną, którą przez dziesięciolecia zajmowały rakiety i okręty. Nieprzypadkowo, bo państwo posiadające przewagę w obliczeniach, półprzewodnikach i sztucznej inteligencji może zyskać przewagę jednocześnie nad przemysłem, wojskiem i informacją.

Wojna przyszłości może wyglądać zupełnie inaczej

Armia z przewagą informacyjną widzi szybciej i podejmuje decyzje szybciej. Lepsze algorytmy skracają czas między wykryciem zagrożenia a reakcją. Zaawansowany przemysł półprzewodnikowy zwiększa zdolność produkcyjną, a kontrola nad kluczowym surowcem może utrudnić funkcjonowanie całych sektorów gospodarki bez konieczności użycia siły militarnej.

W ten sposób świat roku 2026 coraz bardziej przypomina system naczyń połączonych. Dlatego pytanie o to, który kryzys jest dziś „najważniejszy”, prowadzi na manowce. Ukraina, Iran, Chiny, Rosja, AI, energia, inflacja czy migracja są ze sobą związane. Najważniejsze staje się nie pojedyncze wydarzenie, lecz sposób, w jaki jeden kryzys uruchamia następny.

Świat, który płaci za własne zależności

Europa musi jednocześnie finansować obronność, transformację energetyczną, modernizację przemysłu i technologie. Stany Zjednoczone próbują utrzymywać przewagę strategiczną w Azji, reagować na kryzysy na Bliskim Wschodzie i wspierać sojuszników. Chiny rozwijają własne technologie, ograniczają zależność od Zachodu i jednocześnie próbują utrzymać wzrost gospodarczy. Rosja finansuje wojnę i wojenny przemysł, szukając sposobów na utrzymanie swojej pozycji mimo presji gospodarczej.

Dla zwykłego człowieka wszystkie te procesy mają ostatecznie bardzo konkretną postać. Geopolityka staje się odczuwalna wtedy, gdy rosną koszty energii, transportu i produkcji, gdy zmieniają się ceny towarów, kiedy państwo musi przeznaczać większe środki na bezpieczeństwo i kiedy przyszłość przestaje wydawać się tak przewidywalna jak jeszcze kilka lat wcześniej.

Reszta świata nie zniknęła

A przecież poza Ukrainą, Iranem, Rosją, USA i Chinami istnieje jeszcze ogromna reszta świata. Sudan pozostaje jednym z najbardziej dramatycznych przykładów. FAO i Światowy Program Żywnościowy wskazują Sudan, Sudan Południowy, Jemen i Palestynę jako najpoważniejsze światowe ogniska ostrego kryzysu żywnościowego w okresie od czerwca do listopada 2026 roku.

UNHCR szacuje, że pod koniec 2025 roku na świecie było 117,8 miliona ludzi przymusowo przesiedlonych wskutek prześladowań, konfliktów, przemocy, łamania praw człowieka lub innych poważnych zakłóceń porządku publicznego. To mniej niż rok wcześniej, ale nadal liczba trudna do objęcia wyobraźnią.

Europa widzi przede wszystkim własne problemy migracyjne. Świat widzi katastrofy, z których migracja jest jednym z następstw. Nie jest to drobna różnica.

Żadna wojna nie pozostaje już lokalna

W XXI wieku żadna wojna nie pozostaje już lokalna tak długo, jak chciałyby tego mapy. Konflikt w Sudanie może wpływać na migrację, wojna na Bliskim Wschodzie na ceny energii, rosyjskie ataki na ukraińską infrastrukturę na europejskie wydatki obronne, a decyzje Pekinu dotyczące eksportu strategicznych minerałów na przemysł po drugiej stronie świata.

Wojna wytwarza więc dzisiaj nie tylko uchodźców i zniszczenia, lecz również zakłócenia w łańcuchach dostaw, presję inflacyjną i nowe zobowiązania dla państw, które nie uczestniczą w konflikcie bezpośrednio. Świat stał się ogromnym systemem zależności, a jednocześnie coraz bardziej boi się własnej zależności.

Koniec starej globalizacji?

To prowadzi do paradoksu. Globalizacja nadal istnieje, ale państwa coraz bardziej chcą, aby była globalizacją bezpieczną. Stąd próby przenoszenia produkcji bliżej własnego rynku, budowania strategicznych zapasów, uniezależniania się od pojedynczych dostawców i rozwijania własnych zdolności technologicznych.

Globalizacja nie znika. Zmienia się w globalizację warunkową: handlujemy ze sobą tak długo, jak długo zależność gospodarcza nie zaczyna być postrzegana jako zagrożenie strategiczne. To może być jedna z największych gospodarczych zmian początku XXI wieku.

Jeszcze jedna wojna: o nasze głowy

W świecie permanentnego napięcia społeczeństwa stają się bardziej podatne na lęk, polaryzację i manipulację informacją. World Economic Forum umieścił polaryzację społeczną wysoko w swoim zestawieniu ryzyk, a dezinformacja pozostaje jednym z głównych zagrożeń krótkoterminowych. Jednocześnie raport podkreśla, że przyspieszenie technologiczne zwiększa możliwości rozwoju, ale także ryzyka dotyczące rynku pracy, integralności informacji i zastosowań wojskowych AI.

To oznacza, że przyszła walka o bezpieczeństwo nie będzie toczyła się wyłącznie między armiami. Będzie dotyczyła również odporności społecznej. Państwo może zostać osłabione nie tylko przez pociski, lecz także przez utratę zaufania obywateli do instytucji. Społeczeństwo może zostać podzielone nie przez czołgi, lecz przez informację zaprojektowaną tak, aby jedni obywatele przestali wierzyć drugim.

Informacja jako infrastruktura krytyczna

Informacja zaczyna więc pełnić funkcję podobną do infrastruktury fizycznej. Awaria elektrowni jest problemem bezpieczeństwa. Uszkodzenie sieci telekomunikacyjnej jest problemem bezpieczeństwa. Zakłócenie transportu jest problemem bezpieczeństwa. W coraz większym stopniu dokładnie to samo dotyczy przestrzeni informacyjnej.

Wojna przyszłości może przez długi czas wyglądać niepozornie. Pojedyncze awarie, cyberataki, manipulacje informacyjne, zakłócenia dostaw czy incydenty z dronami mogą wydawać się od siebie niezależne. Dopiero ich kumulacja może ujawnić, że celem nie było zniszczenie jednego obiektu, lecz stopniowe obniżenie odporności całego państwa.

Najważniejsze pytanie nie brzmi: czy będzie III wojna światowa?

Dlatego nie mam większego zaufania do wielkich pytań w rodzaju „czy będzie III wojna światowa?”. To pytanie jest zbyt efektowne, aby było naprawdę użyteczne. Znacznie ciekawsze jest pytanie o to, jak daleko można przesuwać granicę konfliktu, zanim wszyscy zorientują się, że już za nią są.

Czy naruszenie przestrzeni powietrznej państwa NATO pozostaje incydentem, czy staje się aktem agresji? W którym momencie cyberatak przestaje być przestępstwem lub operacją wywiadowczą, a zaczyna być elementem wojny? Jak traktować sabotaż infrastruktury podmorskiej albo próbę pozbawienia przeciwnika dostępu do strategicznych surowców? Te pytania nie są już teoretyczne.

Prawo międzynarodowe próbuje odpowiadać na część z nich, polityka odpowiada wolniej, a historia zwykle wydaje ostateczny wyrok dopiero po fakcie.

Co wydarzy się do końca 2026 roku?

Dlatego jesień 2026 roku jest tak niepokojąca. Nie dlatego, że wojna światowa jest nieuchronna. Nie ma podstaw, by tak twierdzić. Jest niepokojąca dlatego, że granica między pokojem a konfliktem staje się coraz trudniejsza do zauważenia.

Do końca 2026 roku bardziej prawdopodobny wydaje się dalszy ciąg obecnego stanu niż jego gwałtowne zakończenie. Wojna w Ukrainie będzie zapewne nadal trwała, przy jednoczesnych próbach rozmów i szukania ograniczonych form zawieszenia działań. Rosja będzie łączyła presję militarną z działaniami poniżej progu wojny, Europa będzie zwiększała swoje zdolności obronne, kryzys na Bliskim Wschodzie będzie wpływał na energię, a Stany Zjednoczone i Chiny pozostaną jednocześnie partnerami handlowymi i strategicznymi rywalami.

Największe zagrożenie może jednak przyjść nie w postaci wielkiego strategicznego planu, lecz wydarzenia, którego nikt wcześniej nie zaplanował. Incydent na Bałtyku, pocisk, który spadnie po niewłaściwej stronie granicy, śmierć personelu wojskowego albo poważny cyberatak mogą uruchomić reakcje polityczne znacznie silniejsze, niż wynikałoby to z samego wydarzenia.

Właśnie wtedy wielkie mocarstwa przestają być racjonalnymi figurami na mapie, a zaczynają być organizacjami pełnymi ludzi, procedur, ambicji, lęków i błędów. To jest prawdziwe ryzyko.

Europa nie musi przewidzieć przyszłości

Dlatego największym zadaniem Europy nie jest dziś przewidzenie, czy Rosja zaatakuje państwa bałtyckie. Takiej pewności nie ma i nie będzie. Zadaniem Europy jest zbudowanie takiego poziomu odporności i odstraszania, aby nawet w sytuacji rosyjskiej presji Moskwa nie mogła łatwo wymuszać swoich celów poprzez strach.

Odstraszanie nie polega przecież na tym, że wiemy, co zrobi przeciwnik. Polega na tym, że przeciwnik ma powody sądzić, iż koszt agresji będzie większy niż potencjalne korzyści.

To jest stara zasada. Ale 2026 rok przypomina nam o niej z niezwykłą intensywnością.

Polska nie może sobie pozwolić na naiwność

Polska znajduje się w miejscu szczególnym, bo należy do państw, dla których geografia przestała być abstrakcją. Nie oznacza to, że wojna przyjdzie do Polski. Oznacza natomiast, że bezpieczeństwo nie może być traktowane jako stan, który istnieje sam z siebie tylko dlatego, że działa NATO i że od kilku dekad żyjemy w pokoju.

Bezpieczeństwo wymaga zdolności, pieniędzy, przemysłu, infrastruktury, dyplomacji i społecznej odporności. Wymaga także umiejętności zachowania proporcji: nie lekceważyć zagrożenia, ale też nie zamieniać każdej groźby w przepowiednię katastrofy.

Świat nie wróci ani do XIX wieku, ani do zimnej wojny

Być może właśnie to jest największa zmiana, która dokonała się w naszych głowach w ostatnich kilku latach. Przez długi czas Zachód wierzył, że przyszłość będzie przedłużeniem teraźniejszości. Dzisiaj coraz więcej ludzi rozumie, że przyszłość nie ma obowiązku być podobna do przeszłości.

Świat nie wróci do XIX wieku. Nie wróci też do zimnej wojny. Powstaje coś nowego: świat wielu centrów siły, wielu konfliktów, wielu zależności i wielu technologii. Państwa będą jednocześnie współpracować i przygotowywać się na konflikt, rozwijać handel i ograniczać własną zależność od partnerów, a politycy będą mówić o pokoju w czasie, gdy ich instytucje będą przygotowywały się na znacznie mniej pokojowe scenariusze.

Nie musi to prowadzić do katastrofy. Wymaga jednak trzeźwości, której przez pewien czas Zachodowi brakowało. Potrzebna jest zdolność do jednoczesnego unikania dwóch błędów: paniki, która każe widzieć w każdym wydarzeniu zapowiedź wojny, i naiwności, która zakłada, że pokój sam będzie się o siebie troszczył.

Koniec epoki złudzeń

I dlatego jesień 2026 roku nie jest jeszcze początkiem wielkiej wojny. Jest raczej końcem epoki, w której mogliśmy sobie pozwolić na przekonanie, że wielka wojna stała się czymś z definicji niemożliwym.

Nie wiemy, co wydarzy się do końca grudnia. Nie wiemy, czy Ukraina wejdzie w 2027 rok z nową linią frontu, zawieszeniem broni czy kolejną zimą wojny. Nie wiemy, czy Iran i Stany Zjednoczone znajdą rozwiązanie, czy ropa pozostanie jednym z najważniejszych narzędzi nacisku. Nie wiemy, czy rywalizacja USA–Chiny będzie się stabilizować, czy ponownie przyspieszy. Nie wiemy również, czy Rosja pozostanie przy presji poniżej progu wojny, czy któregoś dnia spróbuje przesunąć ten próg dalej.

Wiemy natomiast coś innego: świat już się zmienił. Wojna wróciła do Europy, geopolityka wróciła do gospodarki, przemysł ponownie stał się elementem strategii, energia odzyskała polityczne znaczenie, a technologia coraz mocniej przenika do świata bezpieczeństwa.

Być może właśnie dlatego najważniejszym pytaniem końca 2026 roku nie jest pytanie, czy świat wybuchnie. Ważniejsze jest to, czy potrafimy zbudować taki świat, w którym jego przywódcy nie będą musieli codziennie sprawdzać, jak blisko krawędzi można podejść, zanim grunt naprawdę zacznie się osuwać.



Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj Obserwuj notkę

Absolwent polonistyki UJ. Pisarz, eseista, poeta, publicysta. Publikuje w Internecie. Stały współpracownik najstarszego (od 1945 roku) miesięcznika "Twórczość". Doktorat o metafizyce w polskiej literaturze współczesnej obronił 12 grudnia 2012 roku. Również kompozytor, a od kilku lat projektant grafiki cyfrowej AI. Uwielbia muzykę i film. 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka