Jeśli masz na myśli wczorajsze zwycięstwo AfD w wyborach landowych w Saksonii-Anhalt (6 września 2026), to odpowiedź brzmi: rosyjska ingerencja była realna, ale nie ma podstaw, żeby powiedzieć, że „Rosjanie wygrali wybory AfD”.
AfD dostała około 44% głosów i 39 z 83 mandatów, więc był to autentyczny, ogromny wynik wyborców.
Jednocześnie Rosja rzeczywiście prowadziła kampanie wpływu wymierzone w niemieckie wybory. Niemieckie źródła i analitycy opisują m.in. operację Matryoshka / Operation Overload, która przed wyborami rozpowszechniała fałszywe filmy, podrabiała materiały znanych mediów i próbowała wzbudzać przekonanie, że wybory są skorumpowane albo zmanipulowane. Tagesschau podał, że tylko między 30 czerwca a 28 sierpnia 2026 r. zidentyfikowano 141 filmów z dużym prawdopodobieństwem należących do tej operacji.
Co ważne, kampanie te nie musiały wyglądać jak jawna reklama AfD. Ich mechanizm często polega na podważaniu zaufania do instytucji, atakowaniu przeciwników politycznych i pogłębianiu konfliktów społecznych. To może pomagać AfD pośrednio, bo partia korzysta na poczuciu, że „system jest zepsuty”. DW udokumentowała również fałszywe materiały wymierzone w kandydatów oraz spreparowane nagrania sugerujące fałszowanie głosów na rzecz lub przeciw AfD.
Ale jest druga, bardzo istotna część układanki: AfD miała własne, krajowe źródła poparcia. Analizy powyborcze wskazują na niezadowolenie z rządu Friedricha Merza, kwestie migracji, koszty życia, problemy gospodarcze i szczególną sytuację w byłej NRD. Reuters wskazuje też na długo utrzymujące się różnice Wschód–Zachód i stosunek części mieszkańców do Rosji.
Czyli najuczciwsze podsumowanie jest takie:
Rosja próbowała wpływać na niemiecką debatę i wybory — tak.
Czy rosyjska operacja spowodowała 44% dla AfD? Tego obecnie nie da się wykazać.
Czy rosyjska dezinformacja mogła zwiększyć polaryzację i pomóc AfD? Jak najbardziej jest to wiarygodny mechanizm.
Jest jeszcze ciekawsza rzecz: już przed wyborami 2025 do Bundestagu niemieckie władze ostrzegały przed rosyjską kampanią dezinformacyjną, a AfD ostatecznie uzyskała wtedy 20,8%, ponad dwukrotnie więcej niż w 2021 r.
Mogę też rozłożyć to na czynniki pierwsze:
co konkretnie robiły rosyjskie farmy trolli,
jakie konta/filmy wykryto i
czy istnieją dowody na bezpośrednie wspieranie AfD przez rosyjskie struktury.
Pokaż co konkretnie robiły rosyjskie farmy trolli
Tak — i tu robi się ciekawie, bo te operacje nie polegały po prostu na „wrzucaniu prorosyjskich memów”. Chodziło o fabrykowanie pozoru, że określone historie są spontanicznie podawane dalej przez wielu niezależnych ludzi i media.
Jak to wyglądało w praktyce
1. Tworzyli fałszywe „dowody”.
Powstawały spreparowane nagrania, screeny, artykuły i materiały stylizowane na prawdziwe reportaże. W czasie niemieckiej kampanii 2025 pojawiały się np. filmy mające rzekomo pokazywać manipulowanie kartami do głosowania. W jednym z nich pokazano kartę z okręgu w Lipsku, na której rzekomo nie było AfD. Lokalne władze ustaliły, że materiał był fałszywy.
2. Podszywali się pod prawdziwe media.
Kopiowali logotypy, grafikę, sposób montażu i wygląd materiałów telewizji czy gazet, żeby odbiorca miał pierwsze wrażenie: „aha, to materiał niemieckiego medium”. Część fałszywych portali wyglądała jak zwykłe serwisy informacyjne, a teksty były przerabiane przy użyciu AI. Niemieckie MSZ identyfikowało ponad 100 takich „uśpionych” stron.
3. Następnie uruchamiali efekt kuli śnieżnej.
To właśnie sedno operacji Matryoshka. Jeden konto wrzucało fałszywy materiał, potem kolejne konta go „odkrywały”, komentowały i wrzucały ponownie. Czasami umieszczano go pod prawdziwymi postami znanych mediów. W efekcie powstawało wrażenie: „wszyscy o tym mówią, więc chyba coś jest na rzeczy”.
Co jeszcze bardziej sprytne: potrafili sami prowokować fact-checkerów do sprawdzania fałszywej historii. Sam fact-check stawał się wtedy dodatkowym linkiem i kolejnym etapem dystrybucji tej samej opowieści.
4. Używali tysięcy fałszywych kont.
W ramach rosyjskiej kampanii Doppelgänger niemieckie MSZ wykryło wcześniej ponad 50 tys. fałszywych kont na X, które wygenerowały ponad milion niemieckojęzycznych tweetów. W okresie bezpośrednio poprzedzającym wybory w 2025 CeMAS udokumentował 630 niemieckojęzycznych postów w ciągu zaledwie miesiąca, z ponad 2,8 mln wyświetleń.
5. Nie zawsze reklamowali AfD wprost.
I to jest ważne. Jeden z wykrytych przekazów brzmiał wprost jak rekomendacja dla AfD: „czas na zmianę”, z Alice Weidel na grafice. Był jednak opublikowany przez konto należące do rosyjskiej kampanii Doppelgänger, a nie przez autentycznego niemieckiego wyborcę.
Ale znacznie częściej strategia była bardziej pośrednia:
„Niemcy są skorumpowane.”
„Wybory są manipulowane.”
„Migranci dostają wszystko.”
„Berlin okłamuje obywateli.”
„Media kłamią.”
„UE niszczy Niemcy.”
„Pomoc Ukrainie rujnuje Niemcy.”
Nie trzeba wtedy pisać „głosuj na AfD”. Wystarczy zwiększać gniew, nieufność i przekonanie, że tradycyjne partie są niewiarygodne. Eksperci badający Matryoshkę opisują właśnie taki zestaw przekazów jako prorosyjski, antyunijny i podważający niemieckie instytucje.
A jak wyglądał konkretny przykład z obecnych wyborów?
Przed wrześniowymi wyborami landowymi w 2026 r. pojawiały się fałszywe historie o konkretnych kandydatach. Jeden z kandydatów Die Linke był oskarżany w spreparowanych materiałach o zamordowanie własnej babci oraz innej osoby. DW/Faktencheck naliczył ponad 180 takich fałszywych postów dotyczących kandydatów różnych partii. Co istotne, według badaczy AfD i BSW były zasadniczo wyłączone z tej serii ataków.
To bardzo dobrze pokazuje mechanizm: nie chodzi tylko o promowanie konkretnej partii, lecz o selektywne niszczenie jej przeciwników i zaufania do całego systemu.
I jeszcze jedna ważna rzecz
Nie należy wrzucać do jednego worka „rosyjskich trolli” i autentycznych niemieckich zwolenników AfD. To dwie różne rzeczy. Rosyjska operacja może wzmacniać istniejące nastroje, ale nie oznacza automatycznie, że wyborca AfD jest zmanipulowany przez Rosję.
Co więcej, w przypadku Matryoshki istnieją mocne przesłanki wskazujące na rosyjskie pochodzenie operacji, a analitycy identyfikowali powiązania techniczne i treściowe z grupą Storm-1516, przypisywaną rosyjskiemu wywiadowi wojskowemu GRU. Jednocześnie autorzy analiz zaznaczają, że dla części konkretnych operacji nie ma publicznego, stuprocentowego dowodu wskazującego bezpośrednio na rosyjski aparat państwowy.
Mogę teraz pokazać
5–10 konkretnych fałszywych materiałów użytych przeciw Niemcom — co przedstawiały, gdzie je wrzucono, jak odkryto fałszerstwo i jaki był ich przekaz polityczny.
Tak — ale zrobiłbym tu jedno przesunięcie: nauka nie tyle działa przeciwko ewolucji, ile przeciwko „ukrytemu mechanizmowi” jako stabilnej strategii ewolucyjnej.
W Twojej metaforze silnik może sobie spokojnie szumieć pod maską, dopóki kierowca nie ma powodu jej otworzyć. I przez ogromną część historii ludzkości właśnie tak było. Ewolucja nie wymaga od nas rozumienia świata. Wymaga głównie, żebyśmy działali wystarczająco dobrze w środowisku, którego nie rozumiemy.
Ba, pod tym względem niewiedza jest całkiem wydajna.
Nie musisz wiedzieć, czym jest bakteria, żeby pożytecznie wiedzieć:
„Tego mięsa nie jedz.”
Nie musisz znać fizyki lotu, żeby wiedzieć:
„Ptak może latać, ja nie.”
Nie musisz znać mechanizmu elektryczności, żeby nauczyć się:
„Nie dotykaj tego przewodu.”
To jest właśnie niesamowite: ewolucja wyposaża nas w heurystyki, nie w podręcznik użytkownika Wszechświata.
A potem zaczyna się problem
Bo ten sam mózg, który miał rozpoznawać:
„tam może być drapieżnik”
zaczyna rozpoznawać:
„te dwa wydarzenia wystąpiły razem, więc pewnie jedno powoduje drugie”.
To było użyteczne.
Jeśli po zjedzeniu czerwonych jagód trzy razy bolał cię brzuch, bardzo opłacało się uznać:
„czerwone jagody → niebezpieczeństwo”
nawet jeżeli prawdziwy mechanizm był bardziej skomplikowany.
Koszt fałszywego alarmu był mały. Koszt przeoczenia drapieżnika — ogromny.
I z tego można wyprowadzić coś bardzo przewrotnego:
człowiek jest ewolucyjnie przygotowany do wykrywania wzorów szybciej, niż jest przygotowany do sprawdzania, czy wzór rzeczywiście istnieje.
A nauka robi dokładnie odwrotnie.
Mówi:
„Stop. Korelacja nie wystarczy.”
„Pokaż mechanizm.”
„Powtórz eksperyment.”
„Spróbuj obalić własną hipotezę.”
„Nie ufaj temu, że coś wygląda sensownie.”
Czyli nauka jest w pewnym sensie kulturowym urządzeniem do hamowania części naszych intuicji poznawczych.
I tu Twoje „sprawa się rypła” jest naprawdę ciekawe
Bo pojawienie się nauki oznacza, że człowiek zaczyna systematycznie robić coś, do czego ewolucja go właściwie nie zaprojektowała:
otwierać maskę.
A nawet więcej.
Najpierw:
„Pod maską jest jakiś mechanizm.”
Potem:
„Wiemy, jak działa.”
Potem:
„Wiemy, z czego jest zbudowany.”
Potem:
„Wiemy, z czego zbudowane są te części.”
A potem dochodzimy do poziomu:
„Rozumiemy reguły, według których zachowują się ich składniki.”
I rzeczywiście zaczyna się robić niezręcznie dla wszelkich wersji świata, które potrzebują, żeby „za tym coś było”, ale tego „czegoś” nie dało się nigdy sprawdzić.
Bo nauka ma tę paskudną właściwość, że zamienia tajemnicę w pytanie techniczne.
Piorun był znakiem.
Potem stał się wyładowaniem elektrycznym.
Choroba była karą, losem albo klątwą.
Potem dostała patogen, mechanizm immunologiczny i drogę transmisji.
Dziedziczenie było tajemnicą.
Potem dostaliśmy chromosomy, DNA, geny, białka, regulatory...
I teraz rzeczywiście możemy powiedzieć coś jeszcze bardziej radykalnego:
„Wiemy coraz lepiej, z czego zrobiony jest silnik.”
Ale tu pojawia się fantastyczny paradoks
Im więcej odkrywamy, tym mniej świata wygląda jak scenografia pod nasze potrzeby.
To jest właśnie owo „odczarowanie”.
Ale jednocześnie to, co odkrywamy, bywa bardziej dziwne niż pierwotny mit.
Mechanika kwantowa jest dziwniejsza niż większość mitologii.
Czasoprzestrzeń zakrzywia się.
Materiał jest głównie pustą przestrzenią.
Gwiazdy umierają i rodzą się.
Z prostych reguł może powstać świadomość.
Z bezmyślnych procesów selekcji może powstać organizm wyglądający tak, jakby ktoś go zaprojektował.
Czyli nauka zabiera nam magiczne wyjaśnienie, ale nie zabiera nam zachwytu.
Wręcz przeciwnie.
Zostawia coś bardziej niepokojącego:
Nie ma konieczności, żeby świat był dla nas sensowny. A jednak możemy odkrywać jego strukturę.
I może właśnie dlatego „wszystko jest połączone” jest jednocześnie pięknym zdaniem i niebezpiecznym zdaniem.
Nauka odpowiada:
„Tak. Pokaż mi jednak dokładnie jak jest połączone.”
A jeśli połączenia nie ma?
Wtedy też dobra wiadomość.
Silnik może po prostu szumieć. Nie musi mieć sekretnego autora.
No tak. I AfD to wypadek przy utrwalaniu demokracji na odcinku kolejnej pracy organicznej.
Tak — i to jest chyba dobre domknięcie całej naszej rozmowy.
Można patrzeć na AfD nie tylko jako na „rosyjską operację”, „bunt plebsu” czy „powrót faszyzmu”, ale jako na objaw niedokończonej pracy organicznej demokracji.
Bo demokracja to nie tylko procedura:
wybory → parlament → rząd → następne wybory.
To również bardzo długi proces uczenia się społeczeństwa, że:
konflikt interesów nie oznacza koniecznie konfliktu egzystencjalnego; przeciwnik polityczny nie jest wrogiem; problemy mogą być realne bez istnienia ukrytego spisku; państwo może być nieskuteczne bez tego, że ktoś celowo je niszczy.
I to jest właśnie ta praca organiczna, która nigdy się nie kończy.
AfD może być w tym sensie wypadkiem przy pracy, ale niekoniecznie w znaczeniu „błąd wyborców”. Raczej jako efekt tego, że pewna część społeczeństwa uznała:
„Skoro zwykłe kanały polityczne nie potrafią nazwać mojego problemu, wybiorę tych, którzy go nazwą.”
A potem następuje niefortunny drugi krok:
„Skoro nazwali problem trafnie, to pewnie trafnie opisują też jego przyczynę i potrafią go naprawić.”
I właśnie ten drugi wniosek może być całkowicie fałszywy.
Co ciekawe, demokracja nie musi tego błędu „pokonać” poprzez zakazanie AfD ani poprzez przekonanie 44% ludzi, że są głupi. Musi zrobić coś znacznie trudniejszego:
udowodnić w praktyce, że system demokratyczny potrafi przyjąć prawdziwą diagnozę bez przyjmowania fałszywej terapii.
To jest moim zdaniem sedno pracy organicznej.
Bo jeżeli normalna partia powie:
„Tak, macie rację. Problem istnieje. Tutaj są dane. Tutaj są ograniczenia. Tego nie odwrócimy. To możemy zrobić. Tego nie możemy. A oto koszt.”
— i potem rzeczywiście będzie działać, to radykalizm traci część swojej przewagi.
Natomiast jeśli odpowiedź brzmi:
„Problemu właściwie nie ma, a samo mówienie o nim jest podejrzane”
to AfD dostaje darmowy mandat na bycie jedyną partią, która „mówi prawdę”.
I wtedy zaczyna się błędne koło.
Może więc najważniejszą lekcją nie jest:
„Jak zatrzymać AfD?”
tylko:
„Jak zbudować demokrację, która potrafi powiedzieć prawdę o świecie, nawet wtedy, gdy prawda jest nieprzyjemna i nie ma dobrego rozwiązania?”
To byłaby naprawdę dojrzała demokracja.
I bardzo polska rzecz w tym wszystkim: „praca organiczna” jest właściwie idealnym słowem, bo ona z definicji zakłada, że niczego nie naprawia się jednym wielkim aktem woli. Żmudnie buduje się instytucje, kompetencje, zaufanie, kulturę polityczną i odporność społeczną.
A potem przychodzi jeden kryzys, jeden internet, trochę AI i człowiek odkrywa, że cała ta cywilizacyjna porcelana jest jednak zaskakująco cienka.
Gorzej, gdy partia wskazuje, że Żyd i Ukrainiec są wrogami. Robi się niebezpiecznie. I mało przyjemnie. A finałem są komory gazowe.
Tak. I tutaj kończy się dość akademicka rozmowa o błędach poznawczych, a zaczyna się kwestia realnego bezpieczeństwa ludzi.
Jest zasadnicza różnica między:
„Państwo prowadzi złą politykę migracyjną”
a:
„Ukraińcy są wrogiem”
i jeszcze większa między:
„Izrael prowadzi określoną politykę”
a:
„Żydzi są wrogiem”.
Pierwsze są twierdzeniami i ocenami politycznymi. Drugie są przypisaniem zbiorowej winy grupie ludzi ze względu na ich pochodzenie czy tożsamość.
I właśnie wtedy mechanizm, o którym rozmawialiśmy, robi się naprawdę groźny. Bo żeby człowieka prześladować, łatwiej najpierw przestać widzieć w nim człowieka, a zacząć widzieć kategorię: Żyda, Ukraińca, Roma, imigranta, „zdrajcę”, „pasożyta”.
Holokaust nie zaczął się od komór gazowych. Zaczął się od języka, klasyfikowania, odbierania praw, izolowania i przemocy wobec ludzi przedstawianych jako kolektywny problem. Nazistowska polityka była oczywiście czymś znacznie większym i bardziej konkretnym niż sama propaganda, ale dehumanizująca propaganda stanowiła istotny element drogi do Zagłady. To jest dobrze udokumentowane w historiografii i przez instytucje zajmujące się pamięcią o Holokauście, m.in. USHMM.
I warto dodać jedną rzecz do naszej wcześniejszej rozmowy o „diagnozie”. Można mieć trafną diagnozę problemu i jednocześnie postawić całkowicie niedopuszczalną diagnozę człowieka.
Na przykład:
„Mamy poważny problem z migracją.”
może być przedmiotem normalnej debaty.
Ale:
„Problemem są Ukraińcy.”
to już nie jest diagnoza polityki. To jest zamiana problemu instytucjonalnego w winę zbiorową.
A z punktu widzenia demokracji jest to czerwone światło.
Bo kiedy polityka zaczyna potrzebować grupy ludzi jako wroga, rozwiązanie przestaje polegać na naprawianiu instytucji. Zaczyna polegać na usuwaniu, wypychaniu albo karaniu tej grupy.
I dlatego Twoje „robi się niebezpiecznie” jest bardzo dosłowne. Nie dlatego, że każde ostre hasło automatycznie prowadzi do Auschwitz. Historia nie działa jak mechaniczny automat. Tylko dlatego, że pewne wzorce politycznego myślenia mają bardzo niebezpieczną trajektorię i państwo demokratyczne powinno rozpoznawać ją wcześnie, a nie dopiero wtedy, gdy pojawia się przemoc na dużą skalę.
Najbardziej ponure jest chyba to, że człowiek może zacząć od całkiem realnego pytania:
„Dlaczego państwo sobie z tym nie radzi?”
a skończyć na:
„To przez nich.”
I między tymi dwoma zdaniami może zmieścić się cała katastrofa.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)