Nad Polską krąży widmo kryzysu budżetowego. Ogólnie rzecz biorąc wydatki w firmie Polska, są większe niż jej przychody. Co więc zrobić z takim fantem?
Może wypadałoby uświadomić sobie, że zarządzanie państwem, na dobrą sprawę nie bardzo różni się od zarządza budżetem rodzinnym. Tutaj i tutaj mamy przychody i wydatki, tyle że różni się ich skala i cele.
Adam Smith pisał "To co jest roztropnością w prywatnym życiu każdej rodziny, nie może być chyba szaleństwem w życiu wielkiego królestwa." Czasy się trochę zmieniły, ale zasady sie nie zmieniają. Jeżeli brakuje pieniędzy należy oszczędzać, albo szukać większych zysków, które w dłuższej perspektywie czasu nie staną się stratą.
Jeżeli rodzina nie ma wystarczających środków by żyć na takim poziomie jak żyła do tej pory, oczywistym jest, że szuka się oszczędności. No tak, oczywiście w dzisiejszych czasach lansowany jest styl życia "na kredyt", ale z całą pewnością, dalsze zadłużanie się w momencie gdy nie stać nas na to, jest czystą głupotą. To co stało się modne w życiu rodzinnym, znalazło poklask również w wielkiej polityce, a najlepszym przykładem jest kolos na glinianych nogach gdzieś tam za oceanem.
Dlaczego więc nie przenosimy zdrowych, logicznych zasad działania budżetu, z prywatnego życia każdej rodziny, do funkcjonowania państwa? Gdy pod dach domu zawita kryzys, tnie się koszty, zaczyna oszczędzać, a nie zwiększa się wydatki! Bo jak można zwiększać rozchody, gdy przychody maleją, bądź pozostają takie same? Otóż nie można.
A jak sprawa ma się z funkcjonowaniem państwa? Tutaj sytuacja wygląda całkiem inaczej, po co mamy trzymać się zasady, wedle której nie wydajemy więcej niż mamy, prawda? Toż to XVIII wieczne bzdety! I kto by tam słuchał dzisiaj Smitha. - A kto to właściwie? No właśnie... Dzisiaj na ustach tłumów przeważają hasła Keynesa.
Pojawiają się głosy, że skoro budżet ma się tak fatalnie, i trawi go choroba braku funduszy, to należy zrobić, co? Nic innego, jak zwiększyć podatki! Cóż za niewysłowiona pomysłowość. Brakuje pieniędzy w budżecie, państwo za dużo wydaje, to gdzie tam, kto by pomyślał o cięciach wydatków. Natomiast zastanawiamy się tylko nad tym jak na te nadmierne wydatki znaleźć pieniądze. A to w konsekwencji krótkoterminowej oczywiście doprowadzi do zwiększonych przychodów do budżetu, ale zawsze prócz tego "Co widać", jest jeszcze to "czego nie widać", o czym dobitnie pisał Bastiat. Krótkoterminowo przychody się zwiększą, ale na dłuższą metę przyniesiony zysk już nie będzie taki oczywisty. Prócz oczywistej zależności przychodów od zwiększania podatków, co przedstawia krzywa Laffera, ważniejsze skutki pojawią się w mentalności klasy miłościwie nam panującej. Skoro nieracjonalnie dużymi wydatkami, a w konsekwencji dalszym zadłużaniem się państwa można obciążyć podatników, to działania takie będą się ponawiać. A więc de facto za błędy, głupotę i krótkowzroczność polityków zawsze będą odpowiadać ludzie. A skoro ciężar odpowiedzialności spadnie na ludzi, a fatalne działania rządzących będą uchodziły im płazem, czegóż możemy się spodziewać, jak nie dalszego prowadzenia polityki tym właśnie torem.
Na koniec pozostaje zadać jedno pytanie, parafrazując słowa Bastiata.
Czy obecnie państwo jest szewcem, który otrzymuje pieniądze za rzeczywistą usługę naprawy butów, czy może złodziejem, który wyciąga nasze pieniądze, by pokryć koszta swojej nieudolnej polityki wydawania publicznych pieniędzy ponad swój stan?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)