Tomasz Litewka Tomasz Litewka
119
BLOG

Traktat Lizboński zwiastunem Europy utraconych idei.

Tomasz Litewka Tomasz Litewka Polityka Obserwuj notkę 1

Nie znaczy nie? Chyba nie, nie? A może i tak. W każdym razie, zależy dla kogo. Niemniej jednak, niegdysiejsze "nie", zamienione na "tak", nadal jest tym dawnym "nie", czy już nowszym "tak"? Dla wielu w parlamencie europejskim, na czele z Barroso raz powiedziane "nie", nic nie znaczy. Zachowują się oni jak uparte dziecko, która po wielokrotnych i słodkich namowach, w końcu przekonuje niesforną i uległą matkę na powiedzenie "tak". Po kilku minutach ciągłego "mamo kup mi" i mantrowanego przez matkę "nie", w końcu ulega i dziecko otrzymuje wymarzone słodycze. Barroso przywdziewając dziecięce ciuszki, wciąż prosi: "Irlandio, załatw mi ten Traktat, proszę, proszę, proszę". Irlandia po raz powiedzianym "nie" w końcu mówi "tak". Mały Barroso ucieszony, bo przechytrzył Irlandię i ma ratyfikację. Oczywiście za nim wtóruje mu kilkuset eurodeputowanych z Parlamentu Europejskiego, oraz lokalni politycy pokroju Sarkoziego.

Takim oto sposobem, głosem kilkuset europosłów i kilku tysięcy posłów z państw członkowskich, którzy ratyfikowali traktat w swoich ojczyznach, zostanie on wprowadzony wbrew zdaniu kilku milionów obywateli Irlandii. Pewnie tych milionów byłoby w całej europie więcej, ale politycy nie zdecydowali się dać możliwość wypowiedzenia się obywatelom w referendum. I to nie tylko w Polsce, ale we wszystkich krajach członkowskich, prócz Irlandii - gdzie nie wiedzieć czemu, wbrew powszechnej akceptacji euroentuzjastycznych posłów, ludzie powiedzieli „nie”. Gdyby referenda zostały przeprowadzone w każdym kraju członkowskim, należałoby się spodziewać "nie" w wielu innych krajach. Tak przecież było w 2005r. We Francji i Danii, gdzie ludzie odrzucili konstytucje europejską. Dlatego w kilka lat później, europolitycy pomyśleli i zdecydowali się nie pytać ludzi, ażeby nie doprowadzić do sytuacji, w której ponownie usłyszą „nie”. Czy to we wszystkich krajach członkowskich, czy też w tylko jednym. I tak też się stało, bo Irlandia zdecydowała się przeprowadzić referendum i jak można się było spodziewać powiedzieli "nie". Na jeden kraj który przeprowadził referendum, w jednym powiedziano nie - więc "nie" dla Lizbony wynosi nie mniej, nie więcej jak 100%, wśród wszystkich krajów, gdzie dano się wypowiedzieć obywatelom. Ale politycy uznali ponownie, że zwykli prości ludzie, w ustroju jakim jest demokracja, mogą się mylić. Bo jak wiadomo, człowiek z natury jest omylny. Więc biorąc te niezbite fakty pod uwagę, zdecydowano się jeszcze raz przeprowadzić referendum, mając nadzieję, że tym razem Irlandia wybierze poprawnie. Wybrała. W demokracji, wybiera większość - czyli kilka tysięcy posłów ze wszystkich krajów członkowskich zasiadających w lokalnych parlamentach. Mniejszością okazało się być kilkaset milionów obywateli tychże członkowskich krajów. Uroki demokracji.

Demokracja Unii Europejskiej kieruje się kilkoma zasadami. Decyduje większość - co jasne - ale tylko wtedy gdy ma rację. Gdy nie ma racji, może decydować mniejszość, która ma rację. O tym kto ma rację, decyduje Barroso, wraz ze swoją ekipą w Komisji i Parlamencie. Co trzeba zaznaczyć, członkowie komisji są wybierani bez wiedzy i jakiegokolwiek wpływu omylnych euro-obywateli. Skoro oni mówią milionowi Irlandczyków, „nie wiecie co robicie, musicie powiedzieć "tak", mylicie się obstając przy "nie"”, to z pewnością mają rację.

Inna ważna zasada w europejskiej demokracji. Słowo "nie", nie może istnieć. Kto mówi "nie", ten eurosceptyk, czy nawet "faszysta", co w ubiegłej kadencji stwierdził Martin Schulz, lider socjalistów. W europejskiej demokracji nie istnieje sprzeciw, a głos większości może być akceptowany tylko wtedy, gdy jest zbieżny z tym czego oczekują politycy. Jakie czasy, takie zwyczaje.

Obecnie mniej ważne jest znaczenia samego Traktatu Lizboński, jego plusów, minusów, zmian jakie przyniesie. Ważniejszy jest sposób podejścia do nas – obywateli, przez biurokratyczne struktury europejskie. Nasz głos jest lekceważony. Gdy już dostaniemy możliwość powiedzenia „nie”, przekonują nas, że się mylimy. Pytają po raz kolejny i kolejny, aż do skutku. Pomijając już fakt, że nie często mamy możliwość wypowiedzenia się w sprawach które nas dotyczą – zwykle to politycy decydują, bo wiedzą lepiej i na pewno się nie pomylą, mówiąc „nie”, gdy wszyscy oczekują „tak”. Oddanie głosu obywatelom jest niezwykle niebezpieczne – politycy mogą usłyszeć coś, czego nie chcieliby usłyszeć. W przypadku Lizbony, nie chcieli nawet słuchać. Taki unijny pluralizm poglądów. Możesz mówić – oczywiście – ale tylko to, co chcemy usłyszeć... No chyba, że połowa europosłów dostała rozwolnienia, gdy w lutym na mównicy PE pojawił się Vaclaw Klaus. Tylko jak wtedy wytłumaczyć te gwizdy?

Pozdrawiam z nowej, lepszej Europy. Europy jedynych słusznych poglądów, przekonań i racji. Europy mówiącej głosami setek, w imię milionów. Europy w której „nie” zatraciło swoje znaczenie, stając się opóźnionym i niezdecydowanym „tak”, by w przyszłości zniknąć na dobre. Europy w której rządzący znają lepiej Twoje potrzeby, niż Ty sam.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka