Ciężkie moralne nadużycia, to całkiem fajny pomysł. Słowa też. Takie zimnokrwiste. Prezes jedynej słusznej partii, twierdzi, że człek który nieopatrznie krzywo na krzyż spojrzy, z pewnością nie może być zdrowy moralnie. Co więcej, wiadomo kim taki człowiek jest i gdzie stoi! To znaczy, powinno być wiadome, bo wiemy że jest wiadome, ale nie tak dosłownie. Bo dosłownie to prezes nie powiedział. Może tam koło ZOMO? Przynajmniej ci moralnie spaczeni nie wiedzą, bo reszta jak mniemam widzi to nad wyraz klarownie. Ja tym darem nie dysponuję, bo nie lubię, gdy ktoś mi narzuca moralność. Albo spojrzenie na moralność. A właściwie, to gdy ktoś rozsądza, co jest moralne, a co nie. Każdy by tak chciał i każdy na swój sposób. Oczywiście właściwy. Przynajmniej sobie właściwy. I móc skazać jednym słowem na potępienie dziesiątki milionów myślących nie tak jak ja. Cóż za nieograniczona władza!
Ale nie o moralności dzisiaj, bo ja nie mam obowiązku pisania pod wpływem imperatywu. Dzisiaj o siłach obcych i wrogich. Że siły obce, to wiadomo że wrogie, ale nie wiadomo jakie. To znaczy wiadomo, ale wiedzą to tylko Ci moralnie właściwi. Reszta musi się tych sił domyśleć. Gdy nie wiadomo o jakie wrogie sił chodzi, nie ma co grzebać, najprostsza odpowiedź zwykle jest prawidłowa. Chodzi o ruskich. Tych od trumien. I od Stalina. Ale głównie to od trumien. Jak każdy prawdziwy polak wie, wszystko co polskie, to dobre. Na drugim biegunie jest Rosja, z naszymi braćmi słowiańskiej krwi. Teraz to półkrwi, bo ruskie szydło wyszło z worka. Albo z trumny. Czas podziękowań za modły dla rusków minął. Teraz rozpoczyna się kryzys trumnowy. Jak ktoś lubi chwytliwe nazwy, niech będzie „smoleńskie palenie trumny”. Byle się nie zaciągać czarnym dymem. Kto wie z jakiego to drewna... wiadomo że z ruskiego, a to już źle wróży.
Teraz chyba i ja wpisują się w kampanię oszczerstw i nienawiści, a jad mi aż cieknie po brodzie. Miłe uczucie, tak łaskocze. Ale miło, aż mam ochotę jeszcze trochę popluć. Na kogo bądź. Może na krzyżaków! Ale tych grunwaldzkich, niemieckich (o fuj!). Bo Ci o krzyż walczący, to inna bajka. Właściwie, to inna wojna i w innych czasach i bez oręża żelaznego. Ale słowo potrafi też mocno siec i kłóć i niejeden pancerz skruszyło. Obrońcy krzyżowi właśnie słowem walczą, chociaż jak zapowiadają i krwi swojej nie poskąpią w słusznej sprawie, gdy będzie trzeba w jego obronie zginąć, zrobią to dla zasady. Słowo to poważna broń, ale źle użyta potrafi ugodzić nie tam gdzie trzeba. A gdy ktoś nie umie słowem wojować, może się nieźle przejechać. Nic nie insynuuję, bo od podłych, okropnych i parszywych insynuacji to są posłowie PO i SLD, gdy mówią o Smoleńskiej katastrofie. A właściwie, to o podejściu Prezesa Kaczyńskiego do tematu katastrofy. To podejście stało się krzyżem niezgody. Zresztą kolejnym, a nowe problemy będą wychodziły coraz częściej i coraz ostrzej, bo już kampania minęła i można wrócić do normalności.
Kończąc, gdy jad już zasycha na klawiaturze i pojawia się trzeźwa refleksja, kilka zdań, o polityce samej w sobie. Ona jest zła. Niszczy ludzi, i robi z nich idiotów. Albo przystosowuje człowieka, tak by mówił to co powinien mówić, czy to z powodu linii (bez)ideowej partii, czy ubiegania o poparcie społeczeństwa. To się może nazywać nieszczerością, albo dwulicowością. Oczywiście to nie przeszkadza, by kierować się nakazem moralności, która w tamtych przypadkach zwyczajnie nie obowiązuje. Taki martwy punkt, coś jak zielone strzałki w prawo. Niby trzeba stawać, ale prawie nikt nie staje. Tutaj moralność niby obowiązuje, ale tak naprawdę, już nie podlega niewidzialnej ręce sumienia. Bo sumienia w tym aspekcie są ślepe. Polityk nie może odpowiedzieć na proste pytanie słowami – tak, albo nie. Musi kluczyć, wymigiwać się, próbować w swoich słowach jakoś usprawiedliwić postawę partii, albo słowa wodza, niekiedy rzucone bezmyślnie. O ileż lepszy w moich oczach byłby polityk, który odpowiadałby tylko „tak, bądź „nie”. Zamiast kluczyć, odpowiadać półsłówkami, wymigiwać się od odpowiedzi. Albo ucinać pytanie, utartym stwierdzeniem „nic więcej w tej sprawie nie mam do powiedzenia”, czy „już o tym mówiłem”, gdy nie padło ani jedno słowo odpowiedzi. Taka choroba, żrąca organizm polityków. Żrąca od wewnątrz, rozszarpująca znieczulone sumienie i moralność, na którą wielu się powołuje. Kolejna kpina. A mi na sam koniec znów jadem pociekło, chociaż myślałem, że na dzisiaj już limit wyczerpany.
Pozdrawiam tych moralnie zdrowych, którzy nie dokonują nadużyć, i którzy wiedzą o co chodzi, gdy wiadomo o co chodzi, a jednak nikt wprost nie powie o co chodzi. I zostaje sam z domysłami o ruskich trumnach i z jadem na klawiaturze.


Komentarze
Pokaż komentarze