W 2002, jak i w 2006 roku na mistrzostwach, oczekiwania były ogromne, a na czym się kończyło, każdy wie. Oglądając ostatni mecz Polski na tegorocznej imprezie, humor wbrew temu co działo się na boisku, miałem przedni. Krzynówek robił to co robi najlepiej. Strzelał. Z jaką skutecznością, to już drobny szczegół. Liczą się próby i chęci. Cóż z tego, że grał samolubnie, a każda próba strzału lądowała wysoko w trybunach, a wrzutki z rożnych, przypominały podwyższenia w futbolu amerykańskim. Przejdźmy dalej, bo się biednego Jacka uczepiłem. Boruc grał jak zwykle dobrze, (bo o nim też słówko warto szepnąć), robił to co do niego należy. Nie tylko dla Polski, jak i dla reszty patałachów, udających piłkarzy, ale głównie dla siebie. Występ na mistrzostwach, podwyższy jego cenę, jak i prestiż, a Gordon Strachan, już powinien zacierać ręce, czekając na oferty. Zyskał i Boruc i Celtic Glasgow. Ach tam, o Borucu wszędzie będzie głośno, dlatego przejdźmy dalej... tylko do kogo? Smolarek? A no starał się chłopak, coś tam strzelał, ale w meczu z Austrią prezentował się słabo, także może zaliczyć te mistrzostwa do nie udanych. Guerreiro? Właściwie, to smutne, że w 40 milionowym kraju, reprezentuje nas Brazylijczyk, który w reprezentacji wylądował praktycznie przypadkiem. Mało tego, jako jedyny strzela bramki... a raczej bramkę. (Panie prezydencie, to nie pana zasługa). Resztę graczy może pominę, tak będzie chyba lepiej. Ogólnie, dobrze się stało. Trzeba przegrywać tak długo, by w końcu pierzynka próżności z PZPNu oprzytomniała, a zmiany personalne stały się faktem. Mówi, się, że porażki kształtują, ukazują słabe punkty. Tylko jak długo można przegrywać? Do skutku. To chyba jedyna trafna odpowiedź. Tak więc droga reprezentacjo! Przegrywajmy! W tym szaleństwie może jest jakaś metoda.
Ach, dajmy spokój piłce. Z Polską nie jest jednak tak źle. Powiem, więcej, jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Że nasza piłka nożna kuleje, nie jest tajemnicą, boli jedynie to, że jest to dyscyplina wyjątkowo lubiana przez nadwiślańską ludność. Ja jednak pozostaje nadal optymistą (nie mylić z optymizmem społeczeństwa, spotykanym, przed każdą ważną imprezą sportową, zawsze kończący się smutkiem, i "zaskoczeniem"). Jestem optymistą, bo wiem, że porażka może budować, ba powiem więcej. Skoro porażka buduje, to co gdy porażek jest kilka? A co gdy kilkanaście? Jeszcze kilka lat, i będzie potężnie zbudowani porażkami, i może wtedy będzie nas stać, na zagranie przynajmniej 45 minut pięknej piłki.
Jestem również optymistą, bo Polski sport wcale nie obraca się tylko wokół piłki nożnej. Można dodać, chociażby ostatni narodowy entuzjazm Formułą 1, sytuacja analogiczna, do skoków narciarskich. Z naszego Roberta Kubicy, wyrasta taki drugi Adaś Małysz. Nasze reprezentacje w siatkówce, w piłce ręcznej wcale nie przypominają tej piłkarskiej. Są silne, zdecydowane, ambitne, waleczne. Nasi rodacy całkiem nieźle poczynają sobie też na wyścigach żużlowych. Ostatnia wygrana Golloba w Grand Prix Dani rozeszło się jakoś cicho po kościach. A szkoda, bo są dyscypliny, gdzie coś znaczymy.
Na sam koniec jeszcze wrócę do piłki nożnej, bo jakby nie patrzeć jest to nasz koniec mistrzostw, a więc i ostatnie chwile by coś o tym napisać "na bieżąco". Nie ma co się dziwić. Hasłem naszym było: "Bo liczy się sport i dobra zabawa". Fakt, ja się bardzo dobrze bawiłem oglądając mecze biało-czerwonych. Żal mi tylko tych co wierzyli, że można coś wywalczyć. Był też taki jeden premier, który chciał zabić pewnego sędziego.




Komentarze
Pokaż komentarze