Bardzo miło jest zobaczyć wiadomość o taniejących biletach kolejowych, pod wdzięcznym nagłówkiem "Kolej walczy o pasażerów". Tak walczy, że obniżyło bilety, nawet do 30% wartości. Taki pozytywny akcent wobec walki o pomostówki. Zawsze myślałem, że aby coś w wolnorynkowej gospodarce trwało, to musi przynosić zysk. Jak widać PKP wzięło sobie to do serca, aczkolwiek lata świetności PKP powoli przemijają. Ludzie chętniej siadają do samochodów, które są i wygodniejszy i dowiozą nas tam gdzie chcemy. Oczywiście są ludzie, którzy nie mają samochodu, więc są skazani na PKP. Obniżka zawsze cieszy, a skoro coś jest tańsze, będzie większy popyt, wykluczy się konkurencję.
Jest jednak o tyle dziwnie, że chcąc zwiększyć zysk, podwyższa się ceny. A logiczne jest, że jeśli chcemy zwiększyć zarobek, ceny należy obniżyć. Więcej osób się skusi, a w ostatecznym rozrachunku wyjdziemy na plus. Lecz jest to jakby wbrew logice. Dla Polaków stało się dobrze, że PKP straciło miano monopolisty na rynku transportowym, jaki posiadał lata temu, gdy samochodem dysponowali nieliczni.
Jednak w Kolejach, nie może być dobrze (zresztą nie tylko tam), dopóki, działać będą postsolidarnościowe związki zawodowe. Czytamy:
Sekcja Krajowa NSZZ Solidarność oraz Federacja Związków Zawodowych Pracowników PKP zamierzają przeprowadzić blokady w związku z planowaną zmianą przepisów o uprawnieniach emerytalnych.".
I wracają znowu emerytury. Jednak co ciekawe, co robią związki zawodowe? To do czego zostały stworzone. Narażają na straty państwowy sektor, w którym bronią praw pracowniczych. Można powiedzieć, że dla dobra pracowników. A i owszem, dla dobra pracowników, ale to reszta społeczeństwa płaci za to "związkowe dobro". Czy stocznie, czy PKP przynoszą miliardowe straty, związki zawodowe paraliżują pracę, a państwo ładuje miliony na nierentowne przedsięwzięcia. Więc czym na prawdę zajmują się związki zawodowe? Tak, dbaniem o własne dobro, oraz podtrzymywaniem tej chorej sytuacji. Jeżeli ktoś odważy ruszyć kijem to całe zbiegowisko, to bój się pan Boga. Wyobraźmy sobie sytuację, że w prywatnej firmie, ktoś postanowił zastrajkować... kopa w d*** i na pysk. Prywatny właściciel nie pozwoliłby sobie, aby jego firma przynosiła stratę, dlatego, że komuś przyszło do głowy strajkować. Gdy trzeba przyciąć koszty, zmniejszyć produkcję, to się zwalnia ludzi. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie trzymał pracownika w sytuacji, gdy firma przynosi stratę. Jeżeli wyjściem jest zwolnienie, to się zwalnia. Jeżeli trzeba zatrudnić, to się zatrudnia.
A w państwówce? Trzeba zwolnić parę setek osób, to związki podnoszą larum, i ruszyć nawet kijem się nie da. No i co można zrobić? A no trzyma się tych, którzy powinni szukać sobie nowej pracy. A to, że takie działanie przynosi stratę... a co to związki obchodzi. Dobro pracownicze ważniejsze.
Jest jeszcze inny aspekt związków zawodowych. Ludzie Ci, prócz strajków, protestów nie wyobrażają sobie pracy. I człowiek taki zagubiłby się w NORMALNYM kapitalistycznym systemie. Wydaje się, że najlepszym lekarstwem na wszystko są strajki.
Wracając do pociągów, PKP stara się zachęcić do swoich usług, by po chwili związki Solidarnościowe informują o strajku. Wsiąść do pociągu, byle jakiego... a tu strajk! I dziwić się tu posłowi K. że lata samolotami. Tam strajków nie ma, opóźnienia są znośne. A jak nie samolotem, to konwojem, konwojem. Nie może też dziwić zachowanie pewne 21 latka, który ukradł samochód, a później próbował swoich sił z policyjnymi radiowozami. Przykład idzie z góry... tam po prostu chciał się poczuć jak poseł.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)