W późnych latach osiemdziesiątych, będąc na saksach w Niemczech, mieszkałem u polskiego małżeństwa, które wyemigrowało z kraju na początku lat siedemdziesiątych, w ramach tzw " niemieckich korzeni". Nasza gospodyni pani L. lubiła chwalić się przed nami ( bo mieszkało tam u niej, w dodatku w jednym pokoju, coś około dziesięciu Polaków) swoimi sukcesami i osiągnięciami. Organizowała zatem dla nowo przybyłych, herbatkę z ciasteczkami, w salonie, gdzie przed olbrzymim telewizorem, snuła swoje opowieści dotyczące jej i jej męża sukcesów i osiągnięć. Na herbatce na której bylem ja, centralnym punktem opowieści, stało się zaproszenie, przez firmę w której pracował jej małżonek, ich dwojga na "Christmas Party" ( nie chce mi się szukać niemieckiego odpowiednika ). Jej mąż pełnił w tej firmie odpowiedzialną funkcje, palacza centralnego ogrzewania. Główny motyw opowieści no i powód dumy naszej gospodyni, stanowił fakt, ze oto jej Mąż, zwykły palacz kotłowni i na dodatek Polak, został doceniony i zaproszono Go ( no i panią L. ale to było mniej istotne) na tak ważne spotkanie.
Pamiętam że zrobiło mi się żal tej kobiety. Zdałem sobie bowiem sprawę, że co prawda materialnie powodzi się jej nieźle, a w porównaniu do polskich wówczas realiów, wręcz luksusowo, to przecież w głębi duszy, czuje się gorsza. Gorsza, nie tyle z powodu niskiej pozycji społecznej, ale z powodu trudności z integracją z Niemcami. Pomimo upływu wielu lat od emigracji, czuła się tam obco. Po prostu nie była u siebie i nie czuła się jak u siebie. Opowiadając nam to wszystko zachowywała się jakby sama siebie chciała przekonać, że teraz już wszytko się odmieni i będzie lepiej. Wreszcie Niemcy docenili jej rodzinę.
Wczoraj po wyborze Tuska, obserwując reakcje niektórych osób poczułem déjà vu.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)