Do finalnej transakcji, jak twierdzi Kaczyński, nie doszło.
Tyle można dowiedzieć się z „Wprost”
Jest rok 1990. Lato. Bliższego sprecyzowania czasu wydarzeń brak, poza określeniem, że jest to czas prezydenckiej kampanii wyborczej.
Jarosław Kaczyński jest najprawdopodobniej jeszcze redaktorem naczelnym tygodnika „Solidarność”. W tym okresie organizuje także swoją partię „Porozumienie Centrum”. Jest senatorem I kadencji jako senator z województwa elbląskiego. Pracuje przy kampanii wyborczej Lecha Wałęsy, który zostaje 22 grudnia tego roku Prezydentem Polski a Kaczyński obejmuje funkcję ministra stanu jako szef Kancelarii Prezydenta.
Dlaczego generałowie, z których jeden, gen. dyw. Henryk Dankowski, były szef SB MSW, od 31 października 1989 do 7 lipca 1990 pełni funkcję I zastępcy ministra spraw wewnętrznych, a drugi, gen. broni Czesław Kiszczak, poprzednio szef WSW nieprzerwanie od 31 sierpnia 1981 roku do 6 lipca 1990 roku jest ministrem spraw wewnętrznych – w opisywanym czasie sprawujący swoje funkcje, podczas jeszcze trwającej prezydentury Wojciecha Jaruzelskiego – mieliby zwracać się do Jarosława Kaczyńskiego z taką propozycją? A nie do kogoś z otoczenia ówczesnego premiera Tadeusza Mazowieckiego?
W jaki sposób Jarosław Kaczyński, pełniący raczej skromne funkcje mógł wówczas zapewnić im bezpieczeństwo i na czym zapewnienie tego bezpieczeństwa miałoby polegać?Dlaczego akurat Jarosławowi Kaczyńskiemu proponują listę 100 niezarejestrowanych najważniejszych agentów SB?
Wyjaśnienie wydaje się być tylko jedno: bliskość Kaczyńskiego z Wałęsą. A więc lista oferowana Kaczyńskiemu powinna chyba dotrzeć do przyszłego prezydenta, który rzeczywiście posiada środki i możliwości zapewnienia bezpieczeństwa, ale przede wszystkim posiada środki i możliwości wykorzystania informacji jaką ta lista jest.
Dlaczego w takim razie Kaczyński nie powiadamia Wałęsy o propozycji i dlaczego dochodzi do odrzucenia przez Kaczyńskiego transakcji? Dlaczego decyduje sam o tak istotnym dla bezpieczeństwa państwa dokumencie? Wprawdzie jak twierdzi Kaczyński, Kiszczak zapewnił go, że opuszczając stanowisko ministra spraw wewnętrznych listę pozostawił swojemu następcy Krzysztofowi Kozłowskiemu – ale to przecież było już po opisanych wydarzeniach.
Czyli Kaczyński przeprowadził z Kiszczakiem jeszcze jedną, późniejszą rozmowę na temat owej listy 100 agentów. Czy była to rozmowa bezpośrednia, czy także za pośrednictwem osoby trzeciej?
Na dodatek nigdy prawdziwości tego oświadczenia Kiszczaka o pozostawieniu listy Kozłowskiemu nie sprawdził. Czy zainteresował się rolą i działalnością owych kilku agentów, których rozpoznał po przekazanym mu opisie?
Sprawa kampanii prezydenckiej też nie wydaje się dostatecznie jasna, zważywszy, że Lech Wałęsa został wybrany w wyborach, które odbyły się: I tura 25 listopada i II tura 9 grudnia 1990 roku – a Kaczyński mówi o lecie 1990 roku.
No i najważniejsze: dlaczego przyszły szef Kancelarii Prezydenta, Jarosław Kaczyński, posiadający już wszakże szczątkową wiedzę o osobach będących na tej liście lekceważy jej los, nie stara się sprawdzić jacy ludzie się na niej znajdują, nie przekazuje informacji o istnieniu takiego dokumentu ani prezydentowi, ani następcy Kiszczaka, Kozłowskiemu, ani przede wszystkim ówczesnemu premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu?
Kaczyński nie ujawnia także kim byli pośrednicy w toczonych z Kiszczakiem i Dankowskim rozmowach – przecież musieli to być ludzie cieszący się wysokim zaufaniem zarówno Kiszczaka i Dankowskiego jak i Kaczyńskiego.
Nie wiemy czy był to jeden pośrednik, czy było ich więcej. Kaczyński nie mówi też o tym ile odbyło się tych rozmów i ile razy kontaktował się z owym pośrednikiem czy pośrednikami.
Dlaczego Jarosław Kaczyński milczał w tej sprawie przez siedemnaście lat?
Dlaczego dziś, jakby nie czując wagi swoich słów, mówi, że być może generałowie dogadali się w tej sprawie „z kimś innym”.
Przypominam – chodzi o 100 osób, których nie zarejestrowano w żadnych teczkach, w żadnych aktach, a które były w ocenie Kiszczaka najważniejszymi agentami SB.
Dlaczego obecnego premiera, człowieka, który stoczył tak zażarty, ocierający się o „nadużycie teczkowe” bój o swój projekt lustracji z Trybunałem Konstytucyjnym, który lustracją zamierzał objąć ludzi, którzy dla bezpieczeństwa państwa są zupełnie nieważni – dziś przyznaje się do zaniedbania możliwości poznania nazwisk100 agentów dla powstającej z komunistycznych riun Rzeczypospolitej Polskiej najbardziej niebezpiecznych?



Komentarze
Pokaż komentarze (60)