Przyglądam się dziewczynce w białej, komunijnej sukieneczce, z przewieszonym koszyczkiem, z którego rączką w białej rękawiczce nabiera garść płatków piwonii i wysypując je w powietrze powtarza za innymi dziewczynkami: „Święty, święty Pan Bóg Zastępów”. Dziewczynka słowo „Pan” wymawia „Pam”. Może tak jest jej wygodniej, a może to „m” brzmi dźwięczniej niż „n” i dłużej pozostaje w powietrzu.? Dziewczynka, której się przyglądam, jest bardzo przejęta, jej spojrzenia biegną w bok, ku idącym w procesji dorosłym, sprawdzając w twarzy Mamy czy wszystko jest tak, jak powinno być.
Dziwne, chcąc przywołać w pamięci twarz Mamy zazwyczaj napotykam na trudność, nieostrość – a obraz dziewczynki której się przyglądam, ten, który ona widzi gdy zerka ku twarzy Mamy jest jasny pełny i wyrazisty. Widzę to, co widzi dziewczynka. Odurzona białością i niezwykłością własnej sukienki, ciepłem czerwcowym, cichym szurgotem butów na bruku przykatedralnej uliczki, powagą panów podtrzymujących księdza biskupa w złotych szatach niosącego monstrancję, na którego trochę strach patrzeć – dziewczynka patrząc na twarz Mamy czuje się szczęśliwa.
To przez ten zapach. To przez piwonie.
Chwilę wcześniej z rozgrzanej płyty Rynku weszłyśmy w miniaturowe wnętrze Kościoła św. Wojciecha. Małgosia i ja. Weszłyśmy w chłód i ciszę. Aż nieprawdopodobne, że oszklone drzwi, niezbyt szczelne, ot, takie zwyczajne drzwi stają się kurtyną rozdzielającą dwa teatry.
Ten współczesny, pełen pośpiechu i gwaru i napięcia, bo Małgosia ma zaledwie godzinę do odjazdu, do powrotu. I drugi, nagle i niespodziewanie przede mną otwarty, cichy, zamknięty w tym malutkim wnętrzu, w którym nie brakuje niczego co powinno być w kościele. .
I ten zapach. Piwonie.
I zanim je zobaczę, tę różową pyszność stojącą na prawo od klęczącej Małgosi, czuję oszałamiający zapach i pojawia się dziewczynka w białej komunijnej sukience, której się przyglądam i jej oczyma widzę twarz Mamy i nie chcę przestać się przyglądać...



Komentarze
Pokaż komentarze (6)