Wznieść się wysoko na fali brudnych nadziei i …rypsnąć boleśnie na …hm….tę no… jak to mawiają na Kresach…”naszą panię”.
Pozbierać się, wygramolić, stanąć chwiejnie na ugiętych nogach, usłyszeć te same rozkazy tych samych, co zawsze kaprali i sierżantów, nabrać powietrza i pary w płuca i wrzasnąć te same słowa w tym samym szyku, zgrabnie przez tych samych propagandystów ułożone.
I czuć się wojownikiem, bohaterem słusznej sprawy, lżyć przeciwnika, wypinać się na niego, szydzić i miny pocieszne a sprośne stroić – jak po bolesnej inicjacji buszmen przed plemiennym wodzem.
Wspinać się na szczyty, włazić na wznoszącą, wślizgując się w kłamstwa, oszczerstwa, insynuacje, puszyć się i napinać, żądać przeprosin, panie co głupsze pod nogi podejmować, chamów na pokoje zapraszać, udawać arystokratę z dziada pradziada, chociaż zapach czworaków, mimo ekskluzywnych mydeł i pachnideł, na wskroś, przez postać przenika i otoczenie zasmradza.
I znowu …ryps na tyłek z wysoka. Mocno i boleśnie. W traumę i szok. We wściekłość i łzy przełykane wstydliwie, w butę i w „nic to”, w „nu pagadi…zajac…”
A przecież i wy i my wiemy, że nie o generała Błasika chodzi – ale wciąż, niezmiennie o braci Kaczyńskich.
Kwestia nacisków na pilotów jest nadal otwarta.
I po ostatniej, krakowskiej ekspertyzie, jakby nawet bardziej....


Komentarze
Pokaż komentarze (150)