Ludwik Dorn przytacza na swoim blogu treść swojej odpowiedzi do prezesa IPN Janusza Kurtyki domagającego się udostępniania kopii dokumentacji tak zwanej komisji Ciemniewskiego i zawartych w nich materiałów dotyczących Lecha Wałęsy.
Z treści listu wynika, że Ludwik Dorn, jako ówczesny Marszałek sejmu RP – takiej zgody udzielił, kierując zarazem posiadających certyfikat korzystania z informacji niejawnej pracowników IPN do działu archiwalnego Biblioteki Sejmowej.
Równocześnie Ludwik Dorn informuje, że nikt z IPN nie zgłosił się po te materiały.
Tyle pisze Dorn.
Tekst Ludwika Dorna stwarza bardzo szerokie pole rozważań, ż których najbardziej oczywistym wnioskiem jest, że książka "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii" autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka – nie jest wartościowym opracowaniem historycznym, ale jest kłamstwem pisanym na zamówienie polityczne, mającym celowo i świadomie szkalować i uderzyć w osobę Lecha Wałęsy.
Jest kłamstwem - bowiem udowodnionym przez Ludwika Dorna autorom książki jest fakt, że napisali, jakoby Dorn nie wyraził zgody na skorzystanie z dokumentacji przechowywanej w Sejmie.
Kłamstwem jest twierdzenie autorów, że skorzystali ze wszystkich dostępnych źródeł, by wszechstronnie i szczegółowo naświetlić postać Lecha Wałęsy – kiedy z faktu, że nikomu z IPN, włącznie z Januszem Kurtyką, mającym nadzór nad rzetelnością firmowanej przez IPN książki, wynika, że nikomu na rzetelności i sprawdzeniu wszelkich dostępnych źródeł nie zależało.
A jeśli nie zależało, to albo…zainteresowani podejrzewali bądź znali dokumenty przechowywane w archiwum sejmowym ( a mogli znać chociażby z (nieuprawnionego) wglądu w „zbiór zastrzeżony IPN) – to być może, prawda tych dokumentów mogła zepsuć koncepcję oczernienia i splugawienia Lecha Wałęsy, bądź nawet cieniem położyć się na KONKRETNYCH współpracownikach Lecha Wałęsy z czasów pobierania przez niego do wglądu dokumentów z IPN. Tych, z których zginęło kilkanaście stron. Stron nie wiadomo przecież przez kogo wyrwanych i PO CO wyrwanych.
Być może prawda zawarta w pełnym materiale źródłowym nie tylko zaprzecza koncepcji, ze Wałęsa to „Bolek” – ale może nawet wskazuje kto naprawdę „Bolkiem” był. Wiadomo, że pod tym pseudonimem widnieje w IPN ponad pięćdziesiąt dokumentów. Mówi się też, że „Bolków” było WIĘCEJ NIŻ JEDEN.
Kłamstw w książce firmowanej przez IPN i Janusza Kurtykę osobiście (o wstydzie, pośmiertnie spadającym na jego pamięć) - jest sporo – ale najbardziej tragikomicznym jest „uśmiercenie” w książce postaci SBka Edwarda G, którym autorzy posłużyli się by „dobić” Wałęsę.
Na 692 stronie ww. książki stwierdzono, że świadek Edward G. nie żyje, a data śmierci jest nieznana. Przy jego nazwisku napisano też, że to on zwerbował Lecha Wałęsę.
Kiedy sprawa się „rypła” i okazało się, ze świadek żyje i co więcej, zaprzecza słowom naszych zleceniobiorców na „prawdę historyczną” - 18 listopada 2008 roku Edward G. został przesłuchany przez prokuratorów IPN w obecności Lecha Wałęsy (miał on w tym śledztwie status pokrzywdzonego) oraz swego pełnomocnika. W konsekwencji IPN zmuszony został do wydania oficjalnego sprostowania.
IPN potwierdził, że b. oficer SB Edward G. zeznał, iż nic mu nie wiadomo o zarejestrowaniu Lecha Wałęsy jako agenta. Miało to miejsce w toku śledztwa IPN w sprawie fałszowania przez SB akt mających dowodzić, że Wałęsa był agentem o pseudonimie "Bolek".
Instytut Lecha Wałęsy w oficjalnym kom unikacie stwierdza: "IPN świadomie pominął ten kluczowy fakt w swojej pracy". "Uśmiercenie świadka to manipulacja historyczna autorów książki zaakceptowana przez kierownictwo IPN" W ocenie Instytutu, "to nadużycie warsztatowe potwierdza złą wolę autorów książki i kierownictwa IPN, którzy odrzucili kluczowe źródło informacji, aby udowodnić zaplanowaną tezę". "Zeznania świadka podważyłby oskarżenie przez IPN Lecha Wałęsy zawarte w ww. książce".
I to jest smutna prawda o kłamstwach IPN z czasów prezesury Janusza Kurtyki, jego ścisłej współpracy z braćmi Kaczyńskimi oraz o angażowanych w IPN do pracy przeciwko Lechowi Wałęsie wnukach autentycznych UBków.
PS. Na marginesie tekstu Ludwika Dorna i mojego – zdumiewające jest, że najwięcej o Wałęsie do powiedzenia mają, zgodni w opiniach, człowiek Kaczyńskiego i człowiek Millera. Jakby wspólnie KOGOŚ bronili, wspólnymi siłami oskarżając nadal Lecha Wałęsę.


Komentarze
Pokaż komentarze (209)