Tym razem, w oparciu o drugą część opublikowanego w „New York Times” eseju Marcii Angell pt. „The Illusion of Psychiatry” („Iluzja psychatrii”), przyjrzymy się znaczeniu klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, tzw. DSM (ang. American Psychiatric Association’s Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders). Przybliżymy również czytelnikom niedawno opublikowaną książkę pt. Unhinged: Trouble with Psychiatry – A Doctor’s Revelations about a Profession in Crisis(Stuknięci: kłopoty z psychiatrią – wyznania lekarza na temat profesji w kryzysie) której autor, psychiatra Daniel Carlat, przedstawia krytykę swojej profesji z perspektywy „insidera”. Dodatkowo, naświetlimy różne aspekty upowszechnienia leków psychoaktywnych wśród dzieci, a także rosnący wpływ przemysłu farmaceutycznego na psychiatrię.
Od „bezmózgowia” do „bezumysłowości”
Jeden z czołowych przedstawicieli nowoczesnej psychiatrii, Leon Eisenberg (1922-2009), profesor Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa oraz Uniwersytetu Harvarda, który był jednym z pierwszych uczonych badających wpływ stymulantów na zaburzenia uwagi u dzieci, stwierdził, że pod koniec XX w. amerykańska psychiatria przeszła od stanu „bezmózgowia” (ang. brainlessness) do stanu „bezumysłowści” (ang. „mindlessness”). Oznacza to, że przed wprowadzeniem do użycia leków psychoaktywnych, oddziałujących na stan psychiczny pacjenta, psychiatrzy prawie w ogóle nie interesowali się neuroprzekaźnikami, ani żadnymi innymi aspektami funkcjonowania mózgu. W zamian tego psychiatria posługiwała się głównie freudyzmem, uważając zaburzenia psychiczne za rezultat nieświadomych konfliktów, najczęściej z okresu dzieciństwa, które zaburzają funkcjonowanie umysłu. A umysł widziany był jako coś zupełnie odrębnego od mózgu.
Jednak od lat 50-tych, kiedy do użycia weszły leki psychoaktywne, psychiatria stopniowo przenosiła swoją uwagę z umysłu na mózg. W latach 80-tych ten proces gwałtownie przyspieszył i z czasem umysł zniknął niemal całkowicie z pola widzenia psychiatrii, która skupiła się niemal wyłącznie na działaniu mózgu. Psychiatrzy, którzy sami zaczęli określać się mianem psychofarmakologów, przestali interesować się historią życia swoich pacjentów. Przestała ona być dla nich ważna , ponieważ ich głównym zmartwieniem stały się objawy. A te należało leczyć środkami zmieniającymi funkcjonowanie mózgu. Chociaż Eseinberg był początkowo wielkim zwolennikiem biologicznego modelu tzw. chorób psychicznych, to z czasem zaczął dostrzegać związane z nim niebezpieczeństwa. Otwarcie krytykował fascynację psychiatrów lekami psychoaktywnymi, które , jego zdaniem, zaczęto przepisywać pacjentom niemal „na oślep”, często pod wpływem przemysłu farmaceutycznego.
Psychiatria, ubogi krewny medycyny
Przypomnijmy , że do połowy XX w. psychiatria uchodziła w środowisku medycznym za niepełnowartościową dziedzinę medycyny. Lekarze innych specjalizacji patrzyli na psychiatrów z pobłażaniem i nieufnością. Nie było do końca wiadomo, czym psychiatria tak naprawdę się zajmuje, ani co leczy. W tym kontekście, pojawienie się leków psychiatrycznych oraz rozpropagowanie biologicznego modelu chorób umysłowych stworzyło psychiatrii szansę na uzyskanie statusu pełnoprawnej dziedziny medycyny. Dzięki lekom psychiatria zyskała „chorych”, których nareszcie można było „leczyć”. Jak pisze Angell:
Kiedy pojawiły się leki psychoaktywne, w psychiatrii powiało optymizmem. Jednak nie na długo. Już w latach 70-tych optymizm ten ustąpił miejsca poczuciu zagrożenia. Oczywistym stało się, że leki psychiatryczne mają poważne skutki uboczne. W siłę rósł też ruch antypsychiatrii, czego przykładem była rosnąca popularność prac Tomasza Szasza [autora fundamentalnego dla antypsychiatrii dzieła pt. Mit choroby umysłowej - przyp. tłum.]. Antypsychiatrię spopularyzował też znany film „Lot nad kukułczym gniazdem”. Co więcej, psychiatrzy musieli coraz mocniej konkurować o pacjentów z psychologami oraz pracownikami społecznymi. Profesję tę nękały głębokie podziały wewnętrzne: niektórzy propagowali nowy, biologiczny model chorób psychicznych, podczas gdy inni wciąż wyznawali model freudowski. Jeszcze inni
postrzegali zaburzenia psychiczne jako zdrową reakcję na chory świat. W środowisku medycznym psychiatria uchodziła za „ubogiego krewnego”. Nawet z nowymi lekami, psychiatrię traktowano jako dziedzinę mniej naukową niż inne specjalizacje medyczne, co przekładało się na mniejsze zarobki psychiatrów.
Jednak już pod koniec lat 70-tych psychiatria przypuściła zdecydowany kontratak. Dyrektor medyczny Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (APA),Melvin Sabshin, ogłosił w 1977 roku, że organizacja ta „powinna wspierać wszystkie wysiłki na rzecz ponownej medykalizacji psychiatrii”. Służyć temu miała rozpoczęta niedługo potem szeroko zakrojona kampania medialna na rzecz promocji psychiatrii. Angell podkreśla, że psychiatrzy mieli w rękach potężną broń, jakiej brakowało ich konkurentom. Posiadając formalne uprawnienia lekarskie (ang. Medical Doctor, MD), mieli prawny monopol na wypisywanie recept z lekami. Zdaniem Angell fakt ten ma kluczowe znaczenie dla umocnienia się psychiatrii względem innych zawodów zajmujących się zdrowiem psychicznym:
Z jednej strony pełna akceptacja biologicznego modelu chorób psychicznych i stosowanie w terapii leków umożliwiło psychiatrii zdegradowanie innych zawodów zajmujących się zdrowiem psychicznym do statusu pomocniczego. Z drugiej strony psychiatria mogła teraz identyfikować siebie samą jako dyscyplinę naukową, równą innym specjalizacjom medycznym. Co równie ważne, dzięki skoncentrowaniu się na terapii lekami, psychiatria stała się oczkiem w głowie przemysłu farmaceutycznego, który szybko zaczął wyrażać swoją wdzięczność w namacalny sposób.
(...)
Przeczytaj cały artykuł w serwisie Nowa Debata



Komentarze
Pokaż komentarze