Nasilającą się niemal od 50 lat epidemię otyłości coraz wyraźniej charakteryzuje pewien paradoks: im „bardziej” wiemy, dlaczego tyjemy, tym więcej mamy otyłych. Jak to możliwe, skoro rozwiązanie problemu jest, zdaniem ekspertów, tak dobrze znane i dziecinnie proste: wystarczy „mniej jeść i więcej się ruszać”? Jak to zwykle bywa, w opinii fachowców teoria jest dobra, tylko ludzie jacyś trefni. Ciągle coś pokątnie jedzą, na siłownię nie sposób ich nawet wołami zaciągnąć, a do tego bezczelnie ignorują opinie zatroskanych ich losem specjalistów. Ale czy na pewno? Kolejne badania i obserwacje pokazują, że ani ograniczenie spożycia kalorii, ani zwiększenie ich wydatkowania przez aktywność fizyczną wcale nie skutkuje utratą zbędnych kilogramów, przynajmniej nie w długiej perspektywie. Co więcej, nigdy w historii nie udało się tych postulatów naukowo dowieść. Od swoich narodzin oparte pozostają one na domysłach wywiedzionych z opacznie rozumianych, choć zawsze prawdziwych, praw fizyki. Spójrzmy zatem bliżej na historię i skuteczność koncepcji „odchudzania przez sport”.
Zanim przejdziemy do sedna sprawy, pragniemy zrobić jedno fundamentalne zastrzeżenie: sport, uprawiany rekreacyjnie, ma na człowieka bardzo korzystny wpływ. Podnosi sprawność fizyczną, poprawia zdrowie psychiczne i fizyczne, oraz (prawdopodobnie) pomaga zapobiegać wielu schorzeniom (oprócz tych, które sam wywołuje wskutek kontuzji i przeciążeń). Nie zmienia to jednak faktu, że zwiększony wysiłek fizyczny, traktowany jako sposób na odchudzanie, czy choćby zapobieganie gromadzeniu się zbędnych kilogramów, okazał się całkowicie nieskuteczny, a w niektórych przypadkach nawet przeciwskuteczny.
Na początku przytoczmy obserwację, że np. w USA, Europie i innych „krajach rozwiniętych” otyłość występuje najczęściej wśród populacji biednych, które nie tylko muszą pracować więcej niż bogaci, ale na dodatek wykonują przeważnie ciężkie prace fizyczne. Zjawisko to jest samo w sobie bardzo ciekawe, ponieważ zadaje kłam lansowanej od wielu lat tezie, że otyłość jest skutkiem „obżarstwa” rozumianego jako spożycie kalorii przekraczające zapotrzebowanie energetyczne organizmu. Otyłość występuje bowiem często wśród skrajnej biedoty, która nawet gdyby chciała się „obżerać”, to nie ma za co. Problemem w tych populacjach jest głód i niedożywienie, któremu paradoksalnie, towarzyszy otyłość, zwłaszcza wśród kobiet. Co więcej, historia pokazuje, że w obrębie tych samych populacji otyłość pojawia się często jako skutek zubożenia i braków pożywiania. Również i ta obserwacja stoi w oczywistej sprzeczności z obowiązującą teorią, która zakłada, że tyjemy w następstwie bogactwa i nadmiaru łatwo dostępnych pokarmów. Zostawmy jednak ten aspekt na boku, powrócimy do niego w odrębnym artykule.
Oprócz ludzi otyłych, instytucje odpowiedzialne z walkę z otyłością winą za nią obarczają wszechobecne restauracje typu fast-food, które oferują milionom zabieganych ludzi tanie, szybkie i smaczne „jedzenie śmieciowe”. Jednak należy zauważyć, że problem otyłości, przynajmniej w USA, pojawił na długo przed pojawieniem się w tym kraju sieci McDonald’s czy KFC. Kiedy w 1934 roku młoda niemiecka lekarka,Hilde Bruch, osiedliła się w Nowym Jorku, nie mogła wyjść ze zdziwienia jak wiele amerykańskich dzieci jest otyłych. Jak pisała lekarka, amerykańskie pociechy były „naprawdę otyłe, i nie chodzi tylko o dzieci w szpitalach i klinikach, ale również o te na ulicach, w metrze i w szkołach”. Zwróćmy uwagę, że w latach 30-tych nikt nie słyszał jeszcze o „super powiększonych” porcjach fast-foodów (ang. supersized) czy wysokofruktozowym syropie kukurydzianym (HFCS), o Internecie i grach wideo nawet nie wspominając. Co więcej, rok 1934 to okres Wielkiej Depresji, czyli czas przenośnych kuchni wydającym biednym Amerykanom zupę, era kolejek po chleb i niespotykanego w USA bezrobocia. Mamy zatem kolejny przykład na to, że otyłość związana może być wręcz z „niedożywieniem”, a niekoniecznie z „obżarstwem”.
Innym, powszechnie lansowanym (np. przez WHO) wyjaśnieniem przyczyn epidemii otyłości ma być domniemany fakt, że od kilku dziesięcioleci nasz tryb życia staje się coraz bardziej „siedzący”. Ma to oznaczać, że nie tylko coraz więcej jemy, ale również coraz mniej „się ruszamy” – za dużo jeździmy samochodami, zbyt długo gapimy się bezczynnie w nasze telewizory, komputery i tablety, zamiast aktywnie, np. na siłowni, spalać spożywane w nadmiarze kalorie. Brzmi logicznie. Aż żal, że to nieprawda, przynajmniej nie w USA, gdzie problem otyłości jest chyba największy na świecie. W kraju tym wybuch epidemii otyłości zbiegł się w czasie z wybuchem „epidemii aktywności fizycznej”, z wysypem klubów fitness, siłowni i innych obiektów sportowych, do których masowo zaczęli uczęszczać Amerykanie zmotywowani obietnicą, że dzięki temu pozostaną piękni i zdrowi.
Do lat 70-tych XX w. tylko nieliczni wierzyli, że „wylewanie potów” na siłowni lub bieganie w parku ma związek z właściwą wagą ciała. Jak pisali William Bennet i Joel Gurin w książce pt. The Dieter’s Dilemma(1983), jeszcze w połowie lat 70-tych „było czymś zadziwiającym, widzieć ludzi biegających po ulicy w kolorowym odpowiedniku bielizny”. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Już w 1977 roku „New York Times” opisywał „eksplozję aktywności fizycznej” w USA. Starą tzw. wiedzę powszechną, zgodnie z którą ćwiczenia fizyczne są dla ludzi „niekorzystne”, pogląd panujący jeszcze w latach 60, zastąpiło nowe przekonanie, iż wyczerpujący wysiłek fizyczny jest warunkiem dobrego zdrowia oraz smukłej sylwetki. W roku 1980 „The Washington Post” donosił, że aż 100 milionów Amerykanów uczestniczy w ogólnonarodowej „rewolucji fitness”. Według gazety jeszcze dekadę wcześniej uznano by tych wszystkich ludzi za „świrów”. „Jesteśmy świadkami jednej z ważniejszych zmian społecznych dwudziestego wieku”, pisała gazeta.
Rosnąca fascynacja Amerykanów aktywnością fizyczną przejawiła się na przykład tym, że zyski obiektów fitness wzrosły z 200 milionów dolarów w 1972 roku do 16 miliardów w roku 2005. W 1962 roku w Maratonie Bostońskim uczestniczyło tylko nieco ponad 300 osób, podczas gdy w roku 2009 wzięło w nim udział aż 26 tys. kobiet i mężczyzn. Z kolei w 1970 roku Maraton Nowojorski zgromadził zaledwie 137 uczestników, ale w roku 1980 ta liczba wzrosła już do 16 tys., a w 2009 pobiegło w nim aż 39 tys. biegaczy (choć zgłosiło się prawie 60 tys.). Tylko w 2009 roku w USA zorganizowano ponad 400 biegów maratońskich, nie wspominając już o niezliczonych półmaratonach, 50 ultramaratonów i innych biegów. Czy dane te na pewno dowodzą „epidemii bezruchu”?
Niestety wbrew zapowiedziom ta prozdrowotna „rewolucja” nie wyszczupliła Amerykanów. A przecież powinna, jeśli prawdą jest, ze siedzący tryb życia tuczy, a aktywność fizyczna pozwala schudnąć. Co więcej, zmiana nawyków nie tyko nie zapobiegła epidemii otyłości, ale zbiegła się w nią w czasie do tego stopnia, że nasuwają się podejrzenia, czy aby się do niej nie przyczyniła. W każdym wypadku efekt jest taki, że ponad 2/3 dorosłych Amerykanów ma dziś nadwagę, z czego prawie 1/3 cierpi na otyłość. Jak to możliwe? Czyżby Amerykanie inwestowali w karnety na siłownie, a następnie z nich nie korzystali? Czyżby okłamywali nie tylko odpowiedzialne za drowie władze publiczne, nie tylko siebie nawzajem, ale także samych siebie?
Okazuje się, że w badaniach naukowych nigdy nie udało się udowodnić, że liczba kalorii, jaką spalamy, ma jakikolwiek wpływ na to, ile ważymy. Na przykład w sierpniu 2007 roku Amerykańskie Towarzystwo Kardiologiczne (ang. American Heart Association, AHA) i Amerykański Ośrodek Medycyny Sportowej (ang. American College of Sports Medicine, ACSM) w oparciu o badania medyczne dotyczące ćwiczeń i otyłości ogłosiły wspólne rekomendacje na temat aktywności fizycznej i zdrowia. Powołano w tym celu specjalny panel ekspertów, składający się z gorących zwolenników wysiłku fizycznego jako warunku dobrego zdrowia. Można powiedzieć, że byli to ludzie, którzy naprawdę chcą, abyśmy więcej się ruszali. Ustalili oni, że jeśli chodzi o promocję i utrzymanie dobrego zdrowia, niezbędny jest trzydziestominutowy wysiłek fizyczny o średnim natężeniu, 5 dni w tygodniu. Jednak w sprawie wpływu aktywności na naszą wagę eksperci mogli stwierdzić jedynie tyle:
Rozsądnie jest założyć, że osoba z wysokim dziennym wydatkiem energetycznym będzie mniej narażona na wzrost wagi z biegiem czasu niż osoba z niskim dziennym wydatkiem energetycznym. Niemniej jak dotąd dane, które mamy na potwierdzenie tej hipotezy, nie są szczególnie przekonujące.
Warto zauważyć, że wspólne rekomendacje AHA i ACSM różnią się od zaleceń opracowanych przez inne instytucje publiczne. Na przykład amerykańskie ministerstwo rolnictwa (USDA), opracowujące tzw. piramidę zdrowego odżywiania, Międzynarodowe Stowarzyszenie ds. Badań nad Otyłością (ang. International Association for the Study of Obesity) oraz Międzynarodowy Zespół ds. Walki z Otyłością (ang. International Obesity Taskforce) zalecają, aby każdy człowiek codziennie wykonywał ćwiczenia fizyczne przez godzinę. Jednak ten przedłużony wysiłek fizycznie wcale nie spowoduje, że schudniemy. Zdaniem specjalistów ma jedynie zapobiec gromadzeniu zbędnych kilogramów.
Wspólny raport AHA i ACSM z 2007 roku, stwierdzający, że dane na potwierdzenie skuteczności wysiłku fizycznego w odchudzaniu są „nieprzekonujące”, opiera się na wynikach badań, przeprowadzonych przez fińskich badaczy w 2000 roku. Przeanalizowali oni dwanaście najlepiej zaprojektowanych eksperymentów poświęconych metodom utrzymywania właściwej wagi ciała. Uwzględniono w nich osoby, które najpierw skutecznie schudły a następnie próbowały ten efekt utrzymać. Finowie ustalili, że każdy spośród badanych z czasem odzyskał wszystkie zrzucone uprzednio kilogramy. W zależności od rodzaju próby ćwiczenia fizyczne spowalniały tempo powrotu utraconej masy ciała (o 0,06 kg miesięcznie) lub je zwiększały (o 0,05 kg). Na tej podstawie naukowcy z typową dla siebie delikatnością języka stwierdzili, iż związek masy ciała z wysiłkiem fizycznym jest „bardziej złożony”, niż się powszechnie uważa.
6 lat później (w 2006 roku) ukazały się wyniki innych badań poświęconych wpływowi aktywności fizycznej na wagę ciała. Ich autorem był Paul Williams, statystyk z Uniwersytetu Kalifornijskiego Berkeley, oraz Peter Wood z Uniwersytetu Stanforda, zajmujący się wpływem wysiłku na zdrowie od lat 70-tych. Williams i Wood zgromadzili szczegółowe dane na temat niemal 13 tys. regularnych biegaczy, subskrybentów magazynu „Runner’s World”. Następnie w każdym kolejnym roku porównali ich tygodniowy „przebieg” z ich wagą. Okazało się, że ci, którzy biegają najwięcej, przytyli najmniej, ale wszyscy biegacze z roku na rok przybierali na wadze, nawet ci, którzy pokonywali ponad 64 km tygodniowo tj. prawie 13 km dziennie, 5 razy w tygodniu.
Co ciekawe, z powyższych obserwacji badacze, będący zwolennikami energetycznej teorii otyłości, wyciągnęli zaiste kuriozalne wnioski. Stwierdzili oni, że nawet najbardziej zagorzali biegacze powinni dodatkowo zwiększyć swój wysiłek fizyczny i biegać jeszcze więcej, aby z wiekiem wydatkować coraz więcej energii. Zdaniem Williamsa i Wooda, gdyby mężczyźni każdego roku dodawali dwie mile (ok. 3,2 km) do swojego tygodniowego „przebiegu”, a kobiety trzy mile (ok. 4,8 km), istniałaby szansa na to, że nie przytyją. W przeciwnym razie proces gromadzenia się tkanki tłuszczowej jest, zdaniem badaczy, nieunikniony.
Warto zastanowić się, dokąd taka logika, oparta na matematycznym zarządzaniu kaloriami, prowadzi. Na przykład dwudziestoletni mężczyzna, który przebiega tygodniowo ok. 32 km tygodniowo (6,4 km dziennie, 5 dni w tygodniu), będzie musiał pokonywać dwukrotnie dłuższy dystans już po trzydziestce. Po czterdziestce będzie musiał biegać już trzy razy więcej (tj. ponad 19 km, 5 dni w tygodniu). Wszystko po to, aby nie przytyć. Natomiast kobieta, aby zachować zgrabną sylwetkę, po czterdziestce musiałaby biegać ponad 24 km, 5 dni w tygodniu. Przyjmując, że pokonanie ok. 1,6 km (tj.1 mili) zajmuje ok. 8 minut, wszystkie kobiety w każdy treningowy dzień musiałyby biegać przez 2 godziny, tylko po to aby nie przytyć. Znakomita perspektywa.
Każdy, kto wierzy, że otyłość bierze się z nadmiaru spożywanych kalorii w stosunku do kalorii spalanych (tj. dodatniego bilansu energetycznego), wierzy jednocześnie, iż aby nie przytyć musimy po czterdziestce niemal codziennie biegać półmaratony, a w każdym kolejnym roku życia zwiększać ten dystans. A może problem nie tkwi w kaloriach? Może coś innego niż dodatni bilans energetyczny sprawia, że tyjemy?
(...)
Przeczytaj cały artykuł w serwisie Nowa Debata


Komentarze
Pokaż komentarze