Blog
Rorschach
0 obserwujących 8 notek 5606 odsłon
Rorschach, 9 lipca 2009 r.

Na komicznej ziemi kapitalizmu

We wczorajszej „Rzeczpospolitej” mieliśmy okazję przeczytać doprawdy prześmieszną odpowiedź na artykuł Pana Tomasza Wróblewskiego, której autorem jest ogromnie zatroskany naszymi brutalnymi kapitalistycznymi czasami Pan Michał Szułdrzyński. Przy tej okazji niemal zapomnieliśmy o tym, że Rorschach jest postacią absolutnie wypraną z poczucia humoru. I tak, zamiast po prostu obśmiać się z Czytelnikami jak norki, zmuszeni zostaliśmy przez rolę, w jakiej sami się postawiliśmy (nawet narracja musi być w trzeciej osobie, niech by to piorun strzelił!), podejść do tego małego koszmaru definicyjnego poważnie. Trudno. Przechodząc od wstępu do czynów, podejmujemy temat już najzupełniej na serio.

Podstawowym problemem wywodu Pana Szułdrzyńskiego jest w najlepszym razie kompletne niemal niezrozumienie koncepcji kapitalizmu, a w najgorszym dziecinna nieumiejętność zbudowania rozumnego wywodu. Skąd tak dramatycznie surowa ocena?

Publicysta „Rzeczpospolitej” nie potrafi prawidłowo odgraniczyć znaczeń używanych przez siebie pojęć. Najważniejszym chyba błędem jest tragiczne pomylenie pomocy potrzebującym z państwową pomocą potrzebującym. Zdaniem Pana Szułdrzyńskiego zwolennicy ograniczenia roli państwa w tej sferze są zwolennikami całkowitego zlikwidowania wszelkiej dobroczynności, w imię jakiejś dziwnie pojętej walki o indywidualną odpowiedzialność za swoje czyny. To kolejny przejaw notorycznego pomieszania pojęć, tym razem indywidualnej odpowiedzialności z odpowiedzialnością zbiorową. Autor nie wie, lub zdaje się nie wiedzieć, że chodzi o indywidualną odpowiedzialność za własne działania, a nie o celowe odbieranie środków emerytom w odwecie za indywidualne decyzje odpowiedzialnych za kryzys. Pyta więc dramatycznie: „Czy emeryci odpowiadają za kryzys?” i kontynuuje: „Załóżmy, że każdy z nas rzeczywiście jest panem swojego losu i w pełni ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Jednak czy wszyscy ci, którzy potrzebują dziś pomocy – emeryci, renciści, wyrzuceni z pracy z powodu kryzysu – sami są winni złej sytuacji, w której się znaleźli?”

Oczywiście, że nie ponoszą! Dlatego nikt nie chce ukarać winnychemerytów, bo ani to kara, ani to wina. Ich trudna sytuacja to twardy i okrutny jak sama rzeczywistość skutek kryzysu, tak jak skutkiem, a nie karą, jest uderzenie o ziemię po skoku w przepaść. Postulowane rzekome „odbieranie” pomocy państwowej można przecież zastąpić jak najbardziej rynkową, kapitalistyczną, pomocą prywatną – w gronie rodziny, znajomych, dzięki siatce stowarzyszeń, fundacji i całej tego typu struktury, która naturalnie wykwitła w Stanach Zjednoczonych i wykwitnąć musiała, bo nie było dumpingowego monopolu państwa, zarzucającego „pomocą społeczną” wszystkich byle jak i bez wyjątku (przypadkiem trafiając czasem również i do potrzebujących; to osobna sprawa, ale pomyślmy o tym, jak na takiej pomocy rozkwitły nigdzie indziej jak w USA całe dzielnice murzyńskiej i nie tylko biedoty, posiadającej po dwa telewizory i samochód, ale za to bez wykształcenia i pracy). Powtórzmy raz jeszcze: zwolennicy kapitalizmu chcą (co najmniej) ograniczenia pomocy państwowej i wcale nie są dzikimi wrogami sprawniejszej i czystej moralnie pomocy prywatnej. Nie chcą ukarać biednych odebraniem im pomocy, tylko chcą im pomóc, likwidując marnotrawcze, przerośnięte i nieprawidłowo działające instytucje państwowe. Tak samo jak kapitalista nie jest wrogiem dobroczynności, tak i elektryk nie jest wrogiem instalacji elektrycznej, jeśli próbuje wymienić przepalone państwowe kable.

Być może więc to pomieszanie znaczeń wynika z niezrozumienia etycznych źródeł krytyki państwowej pomocy społecznej? Pan Szułdrzyński kontynuuje bowiem dyskusję ze stworzonymi przez siebie samego pojęciami: „To nie państwo – mówi nam [Wróblewski] – powinno roztaczać nad nami opiekę, my sami decydujemy o swoim losie i sami ponosimy konsekwencje swoich wyborów. Ci, którzy otrzymują państwową pomoc, okradają innych – zdaje się twierdzić”. Podstawowy błąd polega na tym, że ci, którzy otrzymują pomoc, niekoniecznie mają jakikolwiek wybór. Trudno mówić o kradzieży, gdy codziennie jakiś rabuś wrzuca nam przez okno cegłę z przyczepionymi pieniędzmi. To nie beneficjenci pomocy kradną, lecz – tu może postawię tezę rewolucyjną – ci, którzy innym odbierają pieniądze! Złem nie jest przecież otrzymywanie pomocy – tego żaden szanujący się zwolennik kapitalizmu nie próbuje nikomu wmawiać – lecz zabieranie czyjejś własności bez jego zgody, do tego pod groźbą więzienia.

Można też na sprawę patrzeć z czysto pragmatycznego punktu widzenia, słowo „kradzież” traktując jako przenośnię. Kradzieżą staje się wówczas nie faktycznie się dokonujący zabór mienia, lecz marnotrawienie środków przez niewydolny aparat państwowy. Czyż tak trudno wyobrazić sobie rozpacz ludzi, którzy widzą, jak środki szczególnie w czasie kryzysu potrzebne są beznamiętnie dewastowane przez administrację państwową? To przecież czyjaś realna ciężka praca, czyjeś prawdziwe pot i łzy, są tak bezwzględnie miażdżone w trybach biurokratycznej maszyny. Któż z nas nie przypomina sobie starcia w pył przedsiębiorcy, który bezdomnym dawał chleb ze swojej piekarni? I za co? Za to, że nie zapłacił VATu, który miał iść właśnie na owe deklarowane „potrzeby społeczne”, a w rzeczywistości na pensje gryzipiórków? Czyż to właśnie nie jest tego rodzaju kradzież?

Opublikowano: 09.07.2009 12:10.
Autor: Rorschach
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Chevalier Bez nerwów! Jest lato, możemy sobie spokojnie pogadać. Luz. Imię Leopolda...
  • @romank Czyli zgadzamy się co do tego, że nie trzeba przymusu państwowego, żeby tradycyjne...
  • @nielubiegazety2 Nic nie pomogą gładkie słówka o wyższości racji i konieczności...

Tematy w dziale