Blog
W hołdzie mistrzom ciętej riposty
rosemann
291 obserwujących 737 notek 4816171 odsłon
rosemann, 1 lipca 2017 r.

Biało-czerwoni w Babich Dołach (Dzień trzeci)

732 3 0 A A A

Przez chwilę miałem chytrą pokusę rzecz zatytułować sprytniej i chwytliwie. Miało być „Obywatele RP w Babich Dołach”. Smutne, że określenie to, do którego każdy tutaj ma prawo nie  kojarzy się już tak uniwersalnie. Ale koniec z polityką.

Wczoraj był „dzień polski” w Babich Dołach. Oczywiście nie dlatego, że tylko Polacy występowali. Co to to nie. Ale wszystko po kolei.

Zacznę od tego, że był to „dzień próby” dla uczestników. To znaczy dla takich, co nie wiedzą i wczoraj wcale nie dowiedzieli się jak naprawdę wygląda tam „dzień próby”. Ja taki przeżyłem w 2007 r. gdy na koncercie „Bestie Boys” po plechach woda płynęła mi strugą, gdy było piekielnie zimno a samochody z parkingu trzeba było wypychać po zapadały się w błoto. Pamiętam, że kobieta, z którą wtedy byłem w Babich Dołach i która przyjechała specjalnie na grające później „Muse” widząc jak się trzęsę sama zaproponowała, żeby po ich pierwszym utworze się zwijać. Kochała mnie… :)

Wczoraj zapaść się można było tylko przy wejściach do namiotów ze scenami i był to problem tylko dla tenisówek i trampek. Sporo widzów było w gumowych butach ale ja radziłem sobie w martensach. I nic po plecach mi nie ciekło.

Zaczął na scenie alternatywnej „Majlo”. Wysoki głos ocierający się o falset i wyciągane w różne UUUUU i AAAAA wokalizy to mieszanka, której wyjątkowo nie trawię.

The Dumplings wyrobili sobie markę jak najbardziej zasłużenie. Wśród zespołów… powiedzmy „swojego pokolenia” choć brzmi to dziwnie, potrafili się wyróżnić a to już jest coś. Z ich koncertem miałem problem zanim się zaczął. Wiedziałem, że będzie „symfoniczny” bo „na orkiestrę i grupę”. Dla mnie jest to patent, który stosują muzycy nie mający już pomysłu na swoje granie. Później Justyna Święs powiedziała, że zrobili to bo… chcieli. Choć zasugerowała, że zdaje sobie sprawę, że „symfonicznie” to jednak trochę siara. Justyna, poza tym, że jest świetnym muzykiem, jest niezwykle piękną kobietą. I może bym odpuścił ale nie ma lekko. Zacznę od tego, że na „tencie” czyli głównej scenie poradzili sobie, co nie udało się wcześniej masie polskich wykonawców, w tym firmom znacznie bardziej uznanym od „pierogów”. Ale o ile towarzystwo sekcji dętej wychodziło świetnie to smyczki były „The Damplings” potrzebne jak galeon w ogródku Janukowyczowi.

Daria Zawiałow to kolejna wykonawczyni, co wydała płytę a fakt ten nie przebił się do mojej świadomości. Powiem krótko. Koncert niezły muzycznie, pani Daria ma możliwości ale jest w Polsce wiele wokalistek, które są lepsze i ciekawsze. Ale życzę powodzenia.

Później tłum widzów ruszył na Mac Millera ale popadał deszczyk i koncert przesunięto. Boże ty mój… Jakby tak ostrożnie było kiedyś ilu świetnych rzeczy bym w ogóle nie widział.

Przez ten deszcz trudno orzec uczciwie ilu widzów przyszło pod „alternatywny” namiot by się schować a ilu by obejrzeć Ralpha (tak naprawdę Rafała) Kaminski (naprawdę Kamińskiego). To kolejne moje odkrycie z Gdyni. Świetna muzyka, której akurat użycie smyczków pomaga, świetne teksty a wszystko w klimacie mocno korespondującym z najlepszymi kabaretami literackimi. A najciekawsze, że zespól grający rozbudowaną, rozpisaną na wiele instrumentów muzykę to grupa kolegów, którą Ralph (naprawdę Rafał) pozbierał w czasie studiów.


Mac Miller w końcu zagrał i był to świetny koncert. Mac jest świetny, scena nie ma dla niego tajemnic ale tajemnicą mojego uznania jest „poklejona” do jego tekstów muzyka. Jeśli jest jego to wielki szacunek a jeśli to zasługa tego czarnego, nieco otyłego Didżeja, co się produkował za stołem z tyłu sceny to wielki ukłon w jego stronę. Jest bardzo urozmaicona a najfajniejsze są jazzujące fragmenty.

Po Mac Millerze poszedłem na Grammatik. I to było ciekawe doświadczenie. Po tym współczesnym wydaniu hiphopu podążyć lata wstecz i posłuchać muzyki, na jakiej wychowywałem się. No nie, nie tak w ogóle :). „Wychowywałem się” hiphopowo. I choć obiektywnie Mac Miller był lepszy, fajniejszy to koncert Grammatik podobał mi się znacznie bardziej. Był taki prawie mistyczny.

Prophets of Rage grający na głównej scenie to pomieszanie składów niegdysiejszej Rage Against the Machine i Public Enemy. Dużo bym dał by zobaczyć „prawdziwe” RATM ale Zack de la Rocha nie chce. Ale Prophets ma Toma Morello i to zupełnie starczy by wyobrazić sobie jak grają. Maszyna do wymiatania.

JSMN… Nie wiem… Kompletnie nie mam zdania. Śpiewa pan ładnie, klimatycznie i spokojnie. A ja „przyszłem i poszłem”.

Poszłem to znaczy poszedłem na Brodkę. Jezus, Maria! Ależ ta Brodka jest. Jeszcze na Ralphie (naprawdę Rafale) jakiś gościu objaśniał zdezorientowane dziewczyny, które go pytały na co tego dnia warto iść, że na Brodkę to można ale ona ostatnio nudzi. Durny.

Opublikowano: 01.07.2017 09:18.
Autor: rosemann
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Pytaj Kleyfa. Ale raczej nie. Gdy to pisał chyba była tylko "margaryna" bezimienna
  • A może to nie ja przeszedłem tę "metaforę"?
  • Przede wszystkim trzeba trzymać poziom.

Tematy w dziale Kultura