Miałem sen. Piękny i naiwny. Śniła mi się Polska jednego serca i wzajemnego szacunku. Widziałem ludzi, tłumy, patrzących na siebie z sympatią, nie taką typu amerykańskiego, ale taką góralską; bez zdęcia. Byłem w mym śnie na obchodach świąt narodowych i religijnych, byłem na festiwalach i koncertach, byłem na Powązkach i Auschwitz, byłem tam wszędzie. Tam Polacy potrafili wzbić się ponad powszednią normę, ponad poddańczą przynależność do jednego czy drugiego obozu politycznego, ponad walkę obecnych o politykę historyczną w której nie uczestniczyli. Polacy nie byli w mym śnie jednością kompletną, zwyczajnie się szanowali. Potrafili oni, mimo przeróżnych rozbieżności, pokłonić się nad bohaterstwem jednostek poległych w wojnach, jednostek nieposiadających wiedzy historyków i politologów. Oni nie zważali na próby zawładnięcia ich dusz przez partyjnych czarodziei. Miałem piękny sen.
Pamiętam jak zamarł Papież Polak. Wszyscy mówili o jedności, o wyjątkowości atmosfery, o spuściźnie, o tym że Wojtyła pozostawił nam skarbnicę mądrości do zagospodarowania. Marzenia prysły szybko. Sygnał do destrukcji tych naszych miraży dali kibice piłkarscy wszczynając uliczne bitwy. Oni najgłośniej śpiewają słowa napisane do Mazurka Dąbrowskiego by potem bić, ranić i lżyć swych rodaków. Nie bez przyczyny przywołuję przykład kibiców piłkarskich (tzw. szalikowców) albowiem w sensie szerokim jest to refleksja narodowa. Pamiętam jak służyłem do mszy Papieża Polaka, pamiętam jak po mszy mówił do nas: nie dajcie się, nie dajcie pokonać w sobie miłości do człowieka, nie dajcie zniszczyć w sobie miłosierdzia… Pamiętam te słowa jakbym usłyszał je przed chwilą. Pamiętam jak Babcia Hania co dzień prowadziła mnie do kościoła wierząc, iż kiedyś coś się zmieni, że Ojciec Święty wymodli wolność dla nas, choć przecież nie miał nawet jednej dywizji. Pamiętam wszystkie emocje roku 89’ i 90’. Pamiętam nadzieje na zmiany i pierwszy wyjazd z bloku wschodniego do Hiszpanii. Pamiętam radość wynikającą z możliwości głośnego artykułowania myśli, pojawienia się wolnej prasy, prawdziwej czekolady, ubrań zachodnich i wszelkiego rodzaju sprzętu RTV. Pamiętam kolejne pielgrzymki Ojca Świętego do ojczyzny i tłumy czekające na dowcip, żart, lub jakiś zwrot bezpośredni, tak by zgromadzeni mogli w ekstatycznym stanie wznosić kultowe: zostań z nami, zostań z nami. Każda kolejna wizyta Wojtyły w Polsce stawała się okazją do bitwy między partiami, środowiskami, frakcjami kościelnymi. Czyj jest Papież, kogo wesprze a kogo potępi, kogo namaści na premiera, prezydenta, kolejnego kardynała. Stawał się co raz bardziej potrzebny do akcji promocyjnych programów partyjnych, co raz mniej do nauczania. Każdy kandydat na ważne stanowisko musiał wtrącić cytat z największego rodaka, czasami konkurenci występujący po sobie cytowali dokładnie ten sam fragment: niech stąpi duch twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. I każdy z tych kandydatów wiedział dokładnie, że ducha jest mniej co raz. Duch ów gdzieś po drodze zasapał, zasłabł, zabłądził. Ludzie z zabłąkanym duchem szli głosować na Ligę Rodzin Polskich, która uznała, iż Papież ich jest najbardziej, stąd jego obecność na plakatach wyborczych. I szli chrześcijanie głosować, na chłopaków którzy po pięć piw zwykli zamawiać w restauracjach okraszonych sztandarami z symbolami nazistowskimi. I szli chrześcijanie i głosowali na socjalizm pod rozmaitymi postaciami. Dopiero co, zrzucili jarzmo socjalizmu, nie minęło 10 lat, a już naród stracił zapał do roboty i począł kombinować, komu zabrać żeby było sprawiedliwie, jak wysokie mają być zasiłki dla nierobotnych, czy becikowe wprowadzić itd. Nazwano to solidarnością, a to wielkie semantyczne nadużycie. Miast otoczyć socjalem kombatantów, inwalidów i sieroty partie jęły przekupywać kolejny grupy rozgoryczonych wpędzając je w spiralę ubóstwa. Wszystko to okraszono naukami Papieża i solidarnością społeczną. A solidarność nie może wynikać z przymusu, dyktat niszczy solidarność. I tkwimy w tym zepsutym sosie quasi wolnego rynku, fałszywej solidarności, zabłąkanego ducha, przyprawionym chochlą nieżyczliwości i zawiści.
Ten konglomerat doznań i zdarzeń narzucił mi pewnego rodzaju awersję do jednoznaczności i oczywistych oczywistaości w kwestiach najdelikatniej mówiąc niemierzalnych. Jak panowie: Giertych, Orzechowski, Kaczyński, Rydzyk, Bubel potrafią ocenić patriotyzm innej osoby, na jakiej podstawie formułują kryteria, jak dokonują wyboru tych kryteriów i kto dał im prawo to takich ich formułowania. Jak pan Michnik może jednoznacznie twierdzić, iż nieważnie jest kto donosił na innych, jak Oleksy mógł twierdzić, iż IPN jest organizacją szkodliwą dla Polski, jak Prezydent RP Kaczyński może twierdzić, iż Wałęsa to przede wszystkim BOLEK. To wielkie bogactwo prostactwa. Wielkie nieporozumienie w nierozumieniu i powszechniej złości wzajemnej. Wyroki sądów i trybunałów ( w kwestiach politycznych i publicznych) szanujemy nierzadko pod warunkiem, że są zgodne z linią polityczną popieranej partii. Zdeklarowani liberałowi wstawiają się za związkami zawodowymi a opozycja socjalna żąda obniżenia podatków, ponad 60% księży bagatelizuje celibat, a jednak 90% dorosłych deklaruje przynależność do Kościoła Katolickiego. Na stadionach wciąż dominują przyśpiewki: Jude Jude i tu pada nazwa zespołu, podobne napisy można obejrzeć na kamienicach we wszystkich polskich miastach. Po uprzejmym napomknięciu, iż Matka Boska i Jezus byli również Żydami można stracić nie tylko jedynkę ale i portfel (niestety doświadczenie osobiste). Rzecz jasna należy ów wybryk potraktować jako kwestę na rzecz prawdziwych Polaków. Można mówić, iż wszędzie jest tak samo, iż szowinizm we Francji, Niemczech, Skandynawii jest większy. Można powiedzieć, iż Żydzi porywali i pożerali dzieci, Dmowski palił równocześnie cygara i synagogi, że Kaczyńscy nie są patriotami, a Tusk zakłada nowe odziały SS w Krakowie. Wszystko można, wszak jesteśmy narodem wyjątkowym i dumnym, narodem wybranym. Jesteśmy narodem wybranym i rozdartym, niewyedukowanym, pełnym leków.
Oczywiście patrząc na rozwój Polski przez minione 20 lat można stwierdzić, iż wiele się udało i mamy powody do dumy. Bądźmy więc zadowoleni z tego co jest, ale nie czujmy się nasyceni. Państwu temu trzeba reform: finansów publicznych, gospodarki, służby zdrowia, mentalności. Trzeba młodym wpajać odpowiedzialność za swoje czyny, za los rodziny i jej dobrobyt. Trzeba uczyć gromadzenia kapitału i jego pomnażania. Trzeba nam prawdziwie liberalnego rynku. Trzeba nam powrotu do faktycznych wartości uniwersalnych ufundowanych na oświeceniowym podejściu do edukacji i pozytywistycznej pracy u podstaw. Trzeba nam pamiętać o przodkach i ich historii, ale jeszcze bardziej trzeba kłaść nacisk na konieczność katorżniczej pracy. Trzeba niszczyć w sobie mentalne uzależnienie od finansowej pomocy państwa, trzeba co dzień doskonalić swoje umiejętność. Trzeba wzbogacać sacrum i profanum.
Pozdrawiam
Inne tematy w dziale Polityka