To mój czterysetny wpis w Salonie24. Z tegoż powodu pozwolę sobie na nieco prywaty.
Zacząłem pisać bloga swego jedynego i w Salonie24 z bardzo prozaicznego powodu, z zalecenia mojego lekarza. Jestem dyslektykiem. Diagnoza jak na czasy była stosunkowo wczesna, bo w czwartej klasie podstawówki. Dodatkowo w pakiecie natura dołączyła dysgrafię, dysortografię, lustrzane odbicie i kilka innych powodów do zmartwienia dla moich rodziców. Nie mam co narzekać, są przypadłości nieporównywalnie bardziej zatrważające i groźnie dla zdrowia i życia. Mimo to dla dziecka i młodzieńca katorżnicze ćwiczenia (tak to wówczas oceniałem) były w sensie ścisłym stratą czasu. O ile czytanie na głos sprawiało mi przyjemność, o tyle cała reszta niekoniecznie. Wszystkie te zabiegi były oczywiście pożyteczne ale zabierały czas zarezerwowany na sprawy zasadnicze: grę w piłkę, ściganie się po piwnicach, podrywaniem Gośki z czwartego piętra, bitwy z wieśniakami z ósemki (blok położony równolegle do naszego), konstruowanie pirotechnicznych cudów z saletry i wszelkich dostępnych przedmiotów wklęsłych, budowanie osad indiańskich po rytualnym koszeniu trawy na okrąglaku (to rodzaj ludowego dziedzińca usytuowany wewnątrz kwadratu zbudowanego z bloków), grę na fliperach i bombardowanie kamieniami milicyjnych pojazdów STAR 244 WT. Mimo to, mimo tych tragicznych wyrzeczeń nie żałuję. Wiele lat potem mój lekarz powiedział: Masz pan osobę od korekty, ok., ale musisz pisać sam, i bez, co chcesz, bez, rozumiesz?
Byłem już wtedy pracownikiem, pracodawcą, prawnikiem. Wszystkie pisma, artykuły, publikacje związane z wykonywanymi zawodami przepuszczałem i przepuszczam przez gęste sito mojego zawodowego i srogiego korektora. Często po odebraniu korekty lub miotły zmianom ulega szyk zdań, błędy ortograficzne okazują się być oczywistymi, następuje deflacja wyrazów, gaśnie nieznośny patetyzm, ale sens wypowiedzi mój mistrz języka polskiego zawsze ratuje, utrzymuje przy życiu. Wcześniej było liceum i wychowawca stulecia, historyk z darem, dyscyplina intelektualna mamy i taty połączona z liberalną linią mego rozwoju społecznego, żywa definicja rodziny, babcia Hania. Babcia umiera w szpitalu przy ul. Lwowskiej. Ma sto trzy wiosny, guza mózgu i zapalenie płuc. Moją żonę nazwała swego czasu “Tyfusem”, a mnie “Jezusem”. Do dziś mam kłopot z wykładnią. Tym niemniej babcia Hania wtłoczyła w mój system organiczny katolicyzm. Biblie znałem nim skończyłem czwarty rok życia, byłem najmłodszym lektorem w naszej Katedrze, a rozszerzenie torebek kolanowych nie było boską gratyfikacją za codzienne różance u Kapusty (parafia na naszym osiedlu). Babcia była mistrzynią łazanek z kapustą, łazanek z białym serem, kopytek i paluszków. Babcia jest arcymistrzynią zupy pomidorowej, baranków bożych, pierogów ruskich i chronieniem mnie przed wszelakimi sankcjami za moje występki. Teraz umiera. Sto trzy zimy, dwie wojny, komunizm, trójka zmarłych niemowląt (bliźniaki wskutek zakażenia, Marysia nie dała rady chorobie) potrącenie przez samochód ciężarowy, przedwczesna śmierć męża (44 lata), śmierć jednego z synów, a ona zawsze mówiła, że trzeba być dobrym dla ludzi niezależnie od wszystkiego, że dobrem zło trzeba traktować. Dziś walczy o każdy oddech, choć nie za bardzo jest o co. Prawie nie mówi, nie chodzi, nie widzi, a jednak walczy o każdy chałst powierza. Życie dla Życia. Tajemnica najgłębsza.
Studia. Pierwsze trzy lata to permanentny Marsz Radeckiego plus libertynizm na sto sposobów. Na początku trzeciego roku spotkałem najpiękniejszą kobietę świata i zakochałem się. Dziś owa syrena jest moją żoną, a wspólnie jesteśmy rodzicami Paulinki - najpiękniejszego klejnotu stwórcy. Studia skończyłem z piątką w dyplomie, w rok i dwa miesiące od pierwszego spotkania mojej ukochanej. Uczucie do kobiety potrafi spłatać rozmaite figle. Aplikacja, uczelnia, spółka, adwokatura, historia z doskoku to dopełnienie. Luki w dopełnieniu wypełnia muzyka (Bach, Paganini, Wagner, Handel, Behemoth, Slayer, Vader, Republika, Kaczmarski, Górecki) i książki (Puszkin, Tołstoj, Brecht, Smith, Durkheim, Ibsen, św Tomasz, Mickiewicz, Mackiewicz, Dmowski, Locke, Pilch, Wojtyła, de Sade i mój Brat) i reszta świata. Wszystko wydawało mi się realne i nieistotne. Dziś realność umyka klasyfikacjom generalnym. Mam gogle z katalizatorem i wiem, iż uporządkowanie w globalnym chaosie to stan incydentalny. Tylko odnalezienie miejsca, punktu, pozawala na zachowanie złudzenia autonomiczności własnego bytu. W gruncie rzeczywistości niezależność to mit. Szczęście i odłamki wolności można odnaleźć w miłości i wierności mimo wszystko, w zwątpieniu mimo wszystko, w pisaniu mimo wszystko, w niepisaniu mimo wszystko.
Piszę w S24 od jakiegoś momentu, spotykam rozmaitość, w większości miłą. Niemiła mniejszość być po prostu musi. Panu Redaktorowi Igorowi Janke gratuluję pomysłu i życzę jeszcze większych sukcesów w wykonawstwie.
Babcia dziś odeszła (1906 - 2009).
Pozdrawiam.
Inne tematy w dziale Polityka