W weekendowym „Plusie i Minusie” (10-11 marca) Tomasz Terlikowski pisze o mającym właśnie miejsce antykościelnym blitzkriegu i wywodzi współczesne ataki na Kościół już od prześladowań pierwszych chrześcijan. Zaraz potem dodaje, że najskuteczniejszą bronią antyklerykałów są pieniądze, a w ramach walki z katechezą w szkołach najlepiej wyliczyć ile kosztują lekcje religii. Pierwsze jest tylko zabiegiem obliczonym na wywołanie odpowiedniej dozy dramatyzmu. Drugie jest akurat celną uwagą.
Wiara to szczęście
Tymczasem nie trzeba być zoologicznym antyklerykałem – jak Terlikowski podsumowuje zwolenników Ruchu Palikota – żeby być przeciwnikiem szkolnej katechezy. Więcej, można – ciągle pozostając niewierzącym – uważać religię za coś pozytywnego. I to na podstawie naukowych badań. Chociażby tych przeprowadzonych przez Davida Myersa, amerykańskiego psychologa społecznego, który wykazał, że ludzie zaangażowani religijnie są najzwyczajniej w świecie szczęśliwsi, zdrowsi, hojniejsi i bardziej zaangażowani w życie lokalnej wspólnoty.
Myers tłumaczy to większą samokontrolą osób wierzących. Twierdzi, że to dzięki niej potrafią powstrzymać się one przed szkodliwymi nałogami, co przekłada się na ich stan zdrowia i długość życia. To również dzięki niej wśród osób religijnych odnotowuje się mniej kradzieży i niechcianych ciąż. Więcej wśród nich za to osób ofiarujących datki na cele charytatywne, wszelkiej maści wolontariuszy i szkolnych prymusów.
W takim razie ogromnie powinno nas cieszyć, że mniej więcej 90% Polaków deklaruje wiarę w Boga (oficjalne dane miażdżącą większość z nich klasyfikują jako katolików). Dzięki temu mamy społeczeństwo zdrowe, szczęśliwe, szczodre i zaangażowane w życie kraju. Czy coś pomyliłem? Jeśli nasze społeczeństwo takie nie jest, a badania Davida Myersa są prawdziwe, to należałoby znaleźć dla tego faktu jakieś logiczne wytłumaczenie. Dostarczają go statystyki umieszczone na stronie „Tygodnika Powszechnego” i portalu money.pl. Wynika z nich, że struktura wiary w Polsce jest nieco bardziej skomplikowana, niżby to się wydawało na pierwszy rzut oka. Podczas, kiedy 91% Polaków wierzy w Boga, już tylko 71% deklaruje wiarę w niebo, dwie trzecie w zmartwychwstanie, a 41% w piekło – swoją drogą tyle samo deklaruje też regularne uczestnictwo w mszach świętych. Tylko ok 27% posiada poprawną wiedzę – jak to określono w ankiecie – o Chrystusie, Bogu i człowieku. Jeszcze mniej uznaje zakaz antykoncepcji za wiążący.
Z punktu widzenia pełnokrwistego katolika powyższe dane muszą być porażające. Muszą stanowić o jakiejś zbiorowej aberracji psychicznej. Bo przecież albo Bóg faktycznie zesłał swojego Syna na ziemię, żeby ten przez cierpienie odkupił ludzkie grzechy, albo nie. I albo Jezus zmartwychwstał, albo nie. A jeśli rzeczywiście uwierzyć, że to zrobił, to jest to fakt, który bezspornie powinien przeniknąć całe jestestwo człowieka. Nie można być letnim katolikiem. Takim katolikiem w połowie. Tak jak nie można być w połowie w ciąży.
Być może zatem owe 91% to wcale nie katolicy. Tylko osoby przyjmujące istnienie jakiejkolwiek metafizyki – wierzący „w coś”. To tłumaczyłoby zresztą popularność wszystkich ruchów typu New Age, parapsychologii, filozofii Wschodu itp. Katolicy wliczaliby się do tej kategorii, ale wcale nie wypełniali jej w całości. Oznaczałoby to, że nie jest ich w Polsce 91%, a gdzieś pomiędzy 25% a 91%, zaś tych zaangażowanych 25-41% (od tych uznających za słuszne najbardziej kontrowersyjne poglądy Kościoła po deklarujących regularne uczestnictwo w mszach świętych). Jeśli przyjąć te niższe wartości, otrzyma się rozwiązanie zagadki trapiącej wielu zaangażowanych chrześcijan: jak to jest, że będąc w przygniatającej większości często mają poczucie bycia w mniejszości? Zakwestionowanie poprawności danych o liczbie katolików w naszym kraju jest nie tylko ilościową, lecz także jakościową różnicą. I wstępem do dyskusji na temat nauczania religii w szkole. Wstępem pozwalającym od razu podważyć jeden z częściej powtarzanych argumentów na jej rzecz, głoszącym że fakt wprowadzenia lekcji religii do szkół da się w sposób wystarczający uzasadnić samą ilością osób wierzących w naszym kraju.
Lekcje religii – między nauką o religii a wtajemniczaniem w wiarę
Lekcje religii w szkołach są tematem wysoce problematycznym nawet wśród osób głęboko wierzących. Ba, nawet wśród kleru. Po dwudziestu latach ich funkcjonowania nie udało się nawet ustalić, czym tak naprawdę powinny być: ewangelizacją, katechizacją, nauczaniem religii czy też wszystkim po trochu? Część hierarchów chciałaby, żeby to było wyłącznie nauczanie religii. Inni życzyliby sobie również jakiejś formy wtajemniczania w wiarę katolicką i promowania określonego światopoglądu. To ostatnie jest w takim samym stopniu przeciwne zasadzie rozdziału Kościoła od państwa, jak zrozumiałe z punktu widzenia osób wierzących. Pusta wiedza nie zapełni owego – ewidentnego wśród Polaków – głodu metafizyki. Droga do poczucia więzi z kosmosem nie prowadzi przez klepanie pustych formułek.
Religia z punktu widzenia osób głęboko wierzących
Nawet gdyby przyjąć, że celem lekcji religii jest wtajemniczanie uczniów w wiarę katolicką, w szkole to się po prostu nie ma prawa udać. Przyczyną pierwszorzędną jest brak odpowiedniej atmosfery do wprowadzania w sacrum. Tak uważa chociażby Aleksandra Bałoniak, wicenaczelna „Katechety” zajmująca się tym tematem od strony praktycznej od 23 lat. Kiedy do tej samej klasy, w której uczniowie mieli przed chwilą znienawidzony przedmiot wchodzi ksiądz jawiący im się jako kolejny belfer, jakiej reakcji może się spodziewać? Na pewno nie witają go kwiatami. Kojarzy im się ze szkolnym przymusem. A przymus odruchowo powoduje niechęć. Do tego uczniowie traktuję religię jak zajęcia, na których spokojnie mogą odrobić pracę domową, zjeść śniadanie, czy się zdrzemnąć. I to i tak wyłącznie tam, gdzie katecheta ma szczęście. Ponieważ inni na religii odreagowują młodzieńcze frustracje, popisują się przed kolegami starając się zdobyć lepszą pozycję w tej nieformalnej hierarchii funkcjonującej w każdej klasie, dają upust nadmiarowi energii albo po prostu zabijają nudę. Wszystko to przybiera formę niewybrednych żartów i wyrafinowanych tortur, którym poddawani są katecheci. Niektórzy z nich dla świętego spokoju niejako zawierają pakt z diabłem. Na zasadzie: ja nie przeszkadzam wam, wy nie przeszkadzajcie mi – pooglądajmy film. Wszystko to oznacza, że lekcje religii w szkole są po prostu nieskuteczne. Ci, którzy chcieliby się czegoś dowiedzieć w tym czasie o swojej religii, nie mają na to szans, ponieważ cały czas im ktoś przeszkadza. Nie mówiąc już o tym, że wśród kolegów jawnie nabijających się z kapłana dużo trudniej przyznać się – nawet przed samym sobą – do jakiejkolwiek wiary.
Punkt widzenia osób mniej zaangażowanych religijnie
Statystyki dotyczące wiary Polaków stawiają zwolenników utrzymania religii w szkołach w dość kłopotliwej sytuacji. Na religii dzieci uczą przecież, że Jezus zmartwychwstał, a antykoncepcja jest zła. Ale tak uważa odpowiednio jedynie dwie trzecie i jedna czwarta badanych. To mniej więcej tak samo, jak gdyby w matematykę wierzyło 91% społeczeństwa, w dodawanie 72%, w mnożenie 41%, a w pierwiastki już tylko 25%. Chwila moment! Albo dwa plus dwa równa się cztery, albo się nie równa. Jakoś w tej sprawie nikt sondaży nie robi. Podobna schizofrenia jest możliwa tylko w przypadku przedmiotu, który nie jest nauką. I tu dochodzimy do ważnego pytania: czy w szkole jest miejsce na coś, co nie jest nauką? I już tak zupełnie na marginesie: czy Polacy naprawdę chcą, żeby ich dzieci uczyły się czegoś, z czym sami się nie zgadzają? Jak na przykład z zakazem stosowania antykoncepcji?
Dla osób niewierzących cała sprawa jest dużo prostsza. Dla nich nauka o aniołach i demonach jest mniej więcej tak samo uzasadniona, jak nauka o gnomach i krasnoludkach. Czy katolicy chcieliby, żeby ich dzieci uczyły się o takich fantastycznych stworach, jak elfy, trolle czy uczciwi sędziowie piłkarscy? Względnie czy chcieliby, żeby z ich podatków finansowana była nauka takiego przedmiotu?
Z punktu widzenia wszystkich
Wpływy Kościoła z budżetu państwa – celowo nie mówię o tacy – są oszałamiające. Sam Fundusz Kościelny to ok. 100 mln zł. Drugie tyle Kościół wyciąga rocznie z Unii Europejskiej. Do tego dochodzi jeszcze 21 mln zł, które stanowią uposażenie dla kapelanów służb mundurowych. To wszystko jest jednak niczym w porównaniu z kwotami, jakie przeznaczane są na lekcje religii w szkołach. Według portalu money.pl, to ponad jedenaście razy tyle, ile znajduje się w dużo bardziej medialnym Funduszu Kościelnym – 1,1 miliarda złotych (z 1,6 mld zł przeznaczonych na całą edukację związaną z Kościołem).
Można zrozumieć budżetowe dofinansowania dla wyższych uczelni katolickich – lubelskiego KULu czy warszawskiego UKSW. To placówki cieszące się pewną renomą. Dużo większe wątpliwości budzą już pieniądze przeznaczone na katolickie przedszkola, szkoły i ochronki. Dlaczego nie idą po prostu na ich państwowe odpowiedniki? Albo jeszcze lepiej – czemu te środki nie są przekazywane w formie dotacji rodzinnym przedszkolom i domom dziecka? Ale absolutnym szczytem nieporozumienia jest przeznaczenia rocznie ponad miliarda złotych na lekcje, które zostały opisane powyżej. Jest to czwarta część tego, co w roku 2011 państwo polskie przeznaczyło z budżetu centralnego na badania naukowe i połowa tego, co poszło na infrastrukturę kolejową. Polakom pozostaje więc chyba modlić się o cudowne wynalazki i szybką kolej.
Katolicyzm czy katologia?
Należy zadać sobie pytanie czy mamy jeszcze do czynienia z katolicyzmem czy z katologią – patologią w obrębie religii. W Polskich szkołach w każdej klasie dwa razy w tygodniu odbywają się lekcje nieskuteczne z punktu widzenia jednych, irracjonalne z punktu widzenia drugich i horrendalnie drogie z punktu widzenia i tych, i tych. Nie mają one nic wspólnego z pogłębianiem wiary, która uczyniłaby społeczeństwo szczęśliwszym, zdrowszym czy bardziej zaangażowanym społecznie. Niewiele więcej mają wspólnego z jakąkolwiek nauką. Kościół się tym jednak nie przejmuje. Efekty lekcji religii zdają się nie interesować Episkopatu. Jak świadczy to o celach, które postawił sobie Kościół? Czy chodzi o rozpowszechnianie wiary, czy może o zapewnienie sobie transferu 1,1 mld zł z budżetu państwa na utrzymanie własnych pracowników?
W poprzednich latach dyskusja o obecności religii w szkole zaowocowała consensusem polegającym na stworzeniu nowego przedmiotu – etyki. Rozwiązanie to okazało się szybko fikcją z powodu braku środków finansowych na zatrudnienie nowych nauczycieli. Dochodziło do absurdów. Nauczycielami etyki zostawali księża. To pierwszy argument za wycofaniem się z tej drogi. Drugi jest taki, że wprowadzenie etyki nijak nie rozwiąże problemu nieskuteczności nauczania religii w miejscu do tego nieodpowiednim (niezapewniającym atmosfery sacrum). Trzecim są koszty – przynajmniej w teorii podwojone z powodu wprowadzenia dwóch równoległych przedmiotów.
Tymczasem rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki. Jedyny związany z nim problem jest taki, że kiedyś coś podobnego wprowadziły władze PRL – co jednoznacznie dyskwalifikuje pomysł moralnie. Należałoby przenieść lekcje religii ze szkół do sal katechetycznych. Tam zapewniona byłaby odpowiednia atmosfera. Tam przychodziliby tylko chętni, nie byłoby więc problemu niewyżytych chuliganów i znudzonych urwipołciów. Koszty przejąłby na siebie Kościół – ponieważ to jego misją jest krzewienie wiary, a nie ministerstwa edukacji. Mógłby za to robić to wtedy w formie dowolnej – bez wiszących nad nim bezustannie dziennikarzy oskarżających go o łamanie zasady rozdziału Kościoła od państwa. Zaoszczędzone pieniądze minister finansów mógłby przeznaczyć na inwestycje drogowe, kolejowe, na wyposażenie szpitali czy choćby na spłatę długu publicznego, którego licznik zainstalowany w centrum Warszawy ciągle bije. W szkole uczniowie uczyliby się o religiach (nieprzypadkowo w liczbie mnogiej) na lekcjach historii. O obowiązujących w życiu zasadach etycznych uczyliby się z literatury, na lekcjach języka polskiego i od rodziny. O tym jak powstaje życie, uczyliby się na biologii, o tym czy ziemia jest płaska czy okrągła – na geografii. A gdyby któryś z uczniów wyraził zainteresowanie pogłębieniem swojej wiedzy z zakresu religii czy etyki, drzwi wydziałów teologicznych i filozoficznych stałyby przed nim otworem.


Komentarze
Pokaż komentarze