Decyzja o zorganizowaniu przemarszu kibiców w rosyjskie święto narodowe faktycznie miała posmak prowokacji politycznej już chociażby z racji kontekstu historycznego. I to niezależnie od tego, że 12 czerwca jest rocznicą upadku ZSRR. Media, w jednym tekście przytaczające wypowiedź Siergieja Fursenko (prezesa Rosyjskiego Związku Piłki Nożnej), który miał powiedzieć „to nasze święto”, i twierdzące, że Rosjanie od początku podkreślali, że cała sprawa nie ma podtekstu politycznego, zachowują się, powiedzmy, umiarkowanie konsekwentnie. To, że polscy etatowi zadymiarze dali się w końcu sprowokować, jest zupełnie inną kwestią.
Zorganizowanie demonstracyjnego przejścia na stadion w dniu rosyjskiego święta państwowego było kolejnym przyczynkiem do pomieszania piłki i polityki i doprowadziło tylko do eskalacji napięcia, które i tak by miało miejsce. Po mieście krążyły plotki, że Rosjanie mają wystąpić w symbolice ZSRR (nieźle, jak na świętowanie jego upadku). To, podobnie jak filmik z Wrocławia, jeszcze bardziej podpalało ludzi. Gdyby faktycznie do tego doszło, rację miałby PiS, twierdzący, że cała sprawa jest porównywalna do sytuacji, w której Niemcy maszerowaliby przez Warszawę niosąc na sztandarach swastykę. Ale sierpów nie było, choć młotów pojawiło się aż nadto.
Można przyjąć dwa założenia. Pierwsze, że decyzja o przemarszu zapadła wśród nastawionych patriotycznie lub obawiających się o bezpieczeństwo przyjezdnych kibiców rosyjskich. Wtedy byłoby to zwyczajnie nierozsądne. Gdyby przeszli na stadion w sposób niezorganizowany, prawdopodobnie nic by się nie stało. Można też jednak rozpatrzyć scenariusz, w którym decyzja ta nie była wynikiem spontanicznego działania dołów, a została wydana gdzieś w kręgach okołokremlowskiej wierchuszki. Tak twierdzą np. „Moskowskije Nowosti”. Wtedy cała sprawa przybiera charakteru dość misternej pułapki politycznej. Gdyby HGW zabroniła manifestacji, Rosjanie mieliby pretekst do podniesienia larum odnośnie rusofobii polskich władz. Skoro nie zabroniła (lub nie mogła zabronić), mogli być pewni, że dojdzie do zamieszek – i rusofobia byłaby poparta empirycznymi dowodami. Przynajmniej w oczach europejskiej opinii publicznej.
Sam marsz był jednak wybitnie politycznie poprawny. Między innymi dlatego, że policja nie odgrodziła początkowo Polaków od Rosjan i pozwoliła im swobodnie mieszać się w tłumie. To dość skutecznie rozładowało emocje. Obie strony miały szansę się przywitać, spojrzeć na siebie nie oddzielone falangą, a nawet zrobić sobie wspólne zdjęcia. Niektórzy Rosjanie przyszli na ten marsz z dziećmi. Ciężko to nazwać przygotowaniem do ustawki. Gdyby na tym się skończyło, wszystko poszłoby gładko. Rosyjska prowokacja – zakładając, że takowa w ogóle miała miejsce – mogła zamienić się w fantastyczne święto futbolu.
Od czego ma się jednak w kraju zorganizowanych amatorów bezmyślnego mordobicia, ubierających samych siebie w narodowościowe szaty i ośmieszających tym samym ideę patriotyzmu? Podczas, gdy większość Polaków na moście bądź zadowalała się rolą gapiów, bądź aktywnie bratała z Rosjanami, kilkunastoosobowe grupki przyodzianych w dresy gości jawnie ich judziły. Na rosyjskie skandowanie „Rossija, Rossija!” – które swoją drogą robiło średnie wrażenie w centrum Warszawy – nie odpowiadali symetrycznym hasłem typu „Polska, biało-czerwoni!”, tylko od razu poszli w konkret. „Ruska kurwa!” i „Wypierdalać!” przeplatały się z co bardziej patriotycznymi przyśpiewkami. Na zdzieraniu gardeł się jednak nie kończyło. Dochodziło też do zdzierania flag, zabierania szalików itp. Nie zabrakło też niezłomnych obrońców prawdy o Smoleńsku. „Polish president murdered in Russia – 10.04.2010” – głosił jeden z transparentów pod stadionem narodowym. Doszło do kilku starć, w miarę szybko spacyfikowanych na szczęście przez służby.
Można się tylko cieszyć, że polska reprezentacja zremisowała. Nie chcę wiedzieć, co by się działo, gdyby Rosjanie wygrali tłukąc nas np. tak jak Czechów. Wspólne, acz nieskoordynowane, działania polskich i rosyjskich prowokatorów zebrałyby dużo większe żniwo.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)