Aby zbudować to wydawałoby się karkołomne porównanie warto przypomnieć sobie zamieszanie w Partii Demokratycznej w wyborze kandydata walczącego o urząd prezydenta w 2024 r. Przecież początkowo o swoją reelekcję ubiegał się Joe Biden, który zrezygnował na rzecz Kamali Harris. I wówczas Demokraci, tak samo jak była prokurator generalna Kalifornii, zaczęli popełniać kardynalne błędy w komunikacji politycznej. Z jednej strony kandydatka próbowała się przedstawiać jako głos nowej, inkluzywnej, wielokulturowej, tolerancyjnej i liberalnej części Stanów Zjednoczonych, a z drugiej spychała na boczny tor dyskursu dokonania i sukcesy administracji Joe Bidena, gdzie przecież piastowała urząd wiceprezydenta. I w sumie wyborcy Demokratów czy też ci niezdecydowani do końca nie wiedzieli, czy głosują za jakąś nową jakością czy też za kontynuacją wizji sędziwego przedstawiciela Demokratów, którego sama partia odsunęła w cień.
Czy patrząc na polskie podwórko nie brzmi to znajomo? Jak teraz PiS ma się odnieść do trzech rządów Mateusza Morawieckiego (tak, wiem że ten ostatni trwał 2 tygodnie) wraz z wygrywaniem wyborów parlamentarnych, gdy to były prezes Banku Zachodniego WBK był twarzą kampanii i całej Zjednoczonej Prawicy (nie do końca tak zjednoczonej, jak teraz widać). Kandydatem PiS-u na premiera został Przemysław Czarnek – co było jednym z determinantów rozpoczęcia nowego projektu politycznego przez Morawieckiego. Jednym z celów byłego ministra edukacji ma być zagospodarowanie oczekiwań wyborcy prawicowego czy ultraprawicowego, który zaczął poszukiwać innych rozwiązań, porzucając przy tym opcję głosowania na partię Jarosława Kaczyńskiego, pompując poparcie dla młodszych i wyrazistych sił politycznych.
Tak jak to socjologicznie ujął profesor i wicepremier Piotr Gliński w programie Młodzież Kontra, jego obóz polityczny tak bardzo cieszył się ze zwycięstwa Trumpa, gdyż miał to być dowód drastycznych zmian społecznych oraz postaw obywateli w skali całego Zachodu, na których ma skorzystać PiS. I w rzeczywiście Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie w 2025 r., jednak nie spowodowało to sondażowego boomu dla samego ugrupowania, które go wystawiło.
Może się zatem okazać, że Przemysław Czarnek nie poprowadzi PiSu do zwycięstwa, pomimo ogólnie dobrych trendów dla prawicy, a sama partia będzie pogrążała się w wewnętrznych walkach oraz zamknięciu. Podobnie jak Demokraci mają kłopot z dookreśleniem spójnego programu dla ogółu Amerykanów, będąc też zdominowani przez skrajne nurty lewicowe oraz powszechny woke’izm, tak o środowisku Jarosława Kaczyńskiego mówi się, że ulega suwpolizacji (czyli przejmowania cech Solidarnej a następnie Suwerennej Polski, która była przecież mniejszym koalicjantem PiSu). W jednym i drugim wypadku duże ugrupowanie, mające ugruntowaną pozycję w krajowym systemie politycznym, doprowadza do ograniczania swojego wpływu oraz pozyskiwania wyborców, będąc w przekonaniu, że tylko jedna droga jest dobra, zapominając całkowicie o centrum oraz obywatelach niezdecydowanych.
Przecież w 2015 r. Andrzej Duda, a następnie Beata Szydło wygrali wybory m.in. dzięki zaangażowaniu szeregu sił społecznych, obywatelskich i pozarządowych, mających dość rządów PO-PSL. Część osób wywodzących się z takich środowisk znalazły się nawet w aparacie państwowym, zostało parlamentarzystami czy ministrami. Wprawdzie obecny prezydent USA stara się mieć całą swoją administrację pod indywidualną kontrolą, jednak w wyborach mógł przecież liczyć na szeroki front MAGA, alternatywną prawicę, a nawet na starych Republikanów czy think tanki (choć te dwie ostatnie grupy robiły niekiedy to z dość dużą niechęcią). Istnieje taka szansa, że jesienią 2027 r. na Nowogrodzkiej ktoś powie – Cholera, miało być inaczej. Jak widać, nawet jeżeli nie należymy do tej samej rodziny politycznej, możemy popełnić te same błędy.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)