Tęsknię za czasami, kiedy przy komputerach "się pracowało", a nie "siedziało".
Kiedy posiadanie komputera oznaczało, że należysz do warstwy technicznie zaawansowanych osób i kiedy każdy posiadacz był po trochu programistą, a przynajmniej "zaawansowanym użytkownikiem".
Kiedy można było podać w swoim programie adres i telefon, wiedząc, że nie trafią one do osób niewłaściwych.
Kiedy w "telekonferencjach" (FIDO, Usenet) można było na poziomie dyskutować na tematy polityczne.
Kiedy na demoparty przyjeżdżali ludzie z całego kraju i z zagranicy.
Kiedy wydawało się, że nadchodzi nowa era niepohamowanej twórczości, bo bariery były tylko natury technicznej, a prawo było nieświadome nowych metod komunikacji pomiędzy ludźmi.
Kiedy ludzkość wydawała się być o wiele lepsza, bo masy "konsumentów życia", wnoszące znikomy wkład w rozwój, były oddzielone naturalnym barierem wiedzy, koniecznej, by dostać przepustkę do nowego światu.
Kiedy merytokracja (tudzież technokracja) wydawała się być możliwą na skalę całego kraju, kiedy tylko my, nowe wówczas pokolenie, dorwiemy się do władzy.
Kiedy idea pisać kodeks prawny w języku programowania, tak, by dało się go formalnie zweryfikować, i korzystać przy tym z systemu kontroli wersji, by poprawki były czytelne i zawsze miały autora, wcale nie wydawała się odległą...
Jednak nie. Świat jest o wiele liczniejszy. I generalnie, ludzie niechętnie się zmieniają. Nawet na lepsze. Zmiany wynikają z konieczności, z wyścigu - i dlatego ludzie chcą ograniczyć ten wyścig. "Fale tłumią wiatr", jak pisali Strugaccy.
Trzeba czekać. Technokracja mimo wszystko jest możliwa, gdyż bardziej optymalne podejście ostatecznie przekonuje ludzi do siebie. Ale inercja jest również duża - co można powiedzieć, jeśli nawet umiejętność czytania stała się powszechną w Rosji tylko po rewolucji (a w Polsce - po II WŚ).



Komentarze
Pokaż komentarze