Po raz drugi wybrałem się do Stanów Zjednoczonych i chcę - może trochę przedwcześnie - się podzielić swoimi wrażeniami o tym kraju, który w moim odczuciu jest o wiele bliższy Rosji, niż Europie.
Nie chcę opowiadać banałów (choć one uderzają najbardziej) o różnicach w oglądanych sportach (europejskie są dla nich "nudne"), skali temperatury (w wodzie o temperaturze 50 stopni się marznie), sposobu mierzenia czasu (Amerykanie liczą tylko do 12), imperialnych jednostkach (500 yardów nie stanowią 0.5 mili, licznik na stacji paliwowej kręci się wolniej, a waga dorosłego męzczyzny zbliża się do 200). To wszystko (trochę w mniejszym stopniu) można spotkać i w Brytanii.
Z kolei chciałbym opowiedzieć o różnicach bardziej subtelnych. Na przykład, inne stosunki pomiędzy ludźmi. W przeważnie monoetnicznych państwach Europy ludzie tworzą o wiele bliższe więzi pomiędzy sobą, przede wszystkim dlatego, że siebie nawzajem rozumieją. W Stanach sporo ludzi niezbyt potrafi się wysłowić po angielsku (dotyczy to nawet osób w wieku podeszłym!). Niekoniecznie muszą to być migranci - pobyt stały w Ameryce (tak zwaną zieloną kartę) można wygrać (dosłownie) w loterii, a po pięciu latach można zostać "normalnym" obywatelem. Obywatelem, uprawnionym niemalże do wszystkiego, oprócz kandydowania na urząd prezydencki - czyli między innymi mogącym zostać urzędnikiem państwowym. Dlatego zdarzają się anegdotyczne przypadki, kiedy oficer imigracyjny mówi po angielsku gorzej od petenta (taki przypadek zdarzył się mojemu koledze, który już sam jest w trakcie zostania Amerykaninem).
Skutkuje to tym, że wielu Amerykanów porozumiewają się między sobą mniej więcej jak w Polsce ze sprzedawcą kebabów: ja Cię ciut rozumiem, Ty mnie ciut rozumiesz, dopóki się zgadzamy, wszystko cool.Trudności się pojawiają, jak tylko jest konflikt. Wtedy bardzo się przydaje sformalizowane podejście, tak lubiane przez Amerykanów, którzy na wszystko mają papier - prawnicy się na pewno dogadają.
Jak w takim razie udaje się im tak dobrze budować tę wieżę babelską? W moim odczuciu, pomagają w tym ich ponadprzeciętne zdolności, przede wszystkim organizacyjne. Nie tajemnicą jest, że USA są bardzo dobrze zorganizowanym krajem, ale trudno to zrozumieć, dopóki nie zobaczy się drobnych przejawów tego w codziennym życiu. Czujesz się tak, jakby kraj zamieszkiwali wyłącznie programiści - albo chociażby umysły ścisłe. Wszystko, co można policzyć, Amerykanie policzą - i zrobią ranking. Każda rzecz do kogoś należy. Wskaż na gałązkę na ziemi, zapytaj - czyja jest? - i dostaniesz całkiem konkretną odpowiedź (często nie będzie to gałązka publiczna).
Na wszystko są odpowiednie regulacje, co moim zdaniem jest strasznie niewolnościowe i wręcz kontrastuje z tym, co uważam za amerykańskie - wiarę w racjonalne zachowanie ludzi na najniższym szczeblu. Tym nie mniej, regulacje zostały wypracowane właśnie w drodze naturalnego rozwoju - jako zabezpieczenie przed uregulowaniem przez sąd. W każdej bowiem nieuregulowanej kwestii można oczekiwać nieprzyjemnego pozwu, który nie wiadomo jak się skończy - dlatego lepiej od razu wymagać oświadczenia na papierze od każdego, kto chce poćwiczyć w siłowni - a nuż tam się skrzywdzisz i jeszcze właścicieli siłowni pozwiesz.
Emocje. W kraju, gdzie ludzie - przynajmniej w dużych miastach - są dosyć obcy siebie (co mi w zasadzie odpowiada - nie lubię, kiedy sąsiad zna szczegóły mojego życia), naturalną jest zasada - zero agresji na zewnątrz. Lepiej ubrać się w dyżurny uśmiech i nawet będąc asertywnym, pamiętać o nim. Każdy przejaw agresji zapala czerwonę lampkę u wszystkich otoczających Ciebie ludzi, oznaczającą: "z tym gościem jest coś nie tak". Być człowiekiem, który ma coś nie tak, generalnie się nie zaleca.
"Autentyczne", tudzież niepohamowane, emocje nie są popularne - wszyscy tutaj zachowują się jakby grali w jedną dużą grę. Prywatnie możesz sobie pożartować, ale w odróżnienie od klimatów polsko-rosyjskich, marudzenie i narzekanie na swoją niedolę zapala tę samą czerwoną lampkę, która powoduje, że poniekąd współczujący Ci człowiek ze zmieszaną twarzą próbuję się pozbyć Twojego towarzystwa - tym szybciej, im bardziej marudzisz.
Praca. To, że jest to kraj zwycięskiego kapitalizmu, widać od razu. Firmy mogą tutaj wymusić o wiele więcej od poszczególnej osoby, i zazwyczaj to robią. W odróżnienie od Europy, pracownicy w USA mają górą 3 tygodnie urlopu rocznie, przy czym normą jest jeden tydzień, a więcej dają tylko dobre firmy (bądź wyróźniającym się pracownikom). Tak samo, pracownicy (przynajmniej w branży komputerowej) zazwyczaj NIE pracują 8 godzin dziennie - to jest przywilej kontraktorów, ktorzy są zatrudnieni na tymczasowych umowach i są opłacani za czas. Jeśli zaś zostajesz zatrudniony na etat, to jesteś ich - na własność. Możesz mieć premie (uznaniowe), możesz dostawać - i z reguły dostajesz - rozmaite inne benefity, które powodują, że żyjesz jak król... przez te niecałe 5 godzin, co zostają Ci po 11-godzinnym dniu pracy.
W ogóle, podział pomiędzy "pracą" a "życiem" jest tutaj mniej czytelny, bo panuje przekonanie, że rodzisz się po to, by coś robić. Możesz to robić sam, możesz dołączyć do firmy, która pomoże Ci w generowaniu zysku - wszystko dobrze, dopóki udaje Ci się więćej generować, niż konsumowac. To, że się urodziłeś, jest Twoim problemem - nikt Cię na ten świat nie wzywał. Jeśli nic Ci się nie chce - zdychaj, jeśli nie chcesz zdychać - rób coś. Chcesz to robić tylko 8 godzin dziennie? To rób to *bardzo* mądrze (czyli zostań naukowcem).
W mojej branży jest to naturalne. Prędkość, z której się rozwija, jest nadal tak duża, że koszulki "90 hours a week and loving it" nie wychodzą z mody od początku lat 1980-ch. I w Rosji pracowaliśmy przez kilka miesięcy tylko z okazyjnymi dniami wolnymi, od 9 do 21. Ale tam to wyglądało jako wyjątek, i otrzymywało się moralne zadowolenie, że tak dużó się robi (oraz odpowiednio większe od przeciętnego poziomu wynagrodzenie). W Stanach wynagrodzenie za poświęcenie wynegocjować jest o wiele trudniej, gdyż poświęcenie nie jest wyjątkiem.
Owszem, nie należy tego rozumieć jako narzekania. Jak już wybierać, to bardziej wolę słynny "wyścig szczurów" niż stopniowe osuwanie się coraz glębiej w bagno obojętności, bylejakości, tak typowej w Europie. To europejsko-socjalistyczne rozumowanie pracy jako pewnego obowiązku społecznego, który każdy ma odbyć wbrew własnej woli, wcześniej czy później sprowadzi ciebie do martwego punktu, znanego jeszscze z komuny - "my udajemy, że pracujemy, a oni udają, że nam płacą".
Medycyna jest przeważnie prewencyjna. Jeśli masz już jakąś chorobę - lepiej nie myśl o przeprowadzce do Stanów. Koszty leczenia są duże, wezwane pogotowie (które tu się wzywa poprzez 911) może wystawić rachunek na tysiąc (dolarów) - w zależności od tego, co musieli robić. Ubezpieczenie zdrowotne w Ameryce jest przereklamowane: po pierwsze, generalnie musisz być zdrowym, by się ubezpieczyć, po drugie, tak samo jak w każdej innej branży, kompanie będą cięli koszty i szukali pretekstu, by zapłacić mniej (bądź nie zapłacić w ogóle). Teoretycznie ubezpieczycieli powinni konkurować w tym, żeby być jak najlepsi dla ubezpieczonego, w praktyce na konkretnym człowieku im zależy dosyć mało, gdyż przeważnie podpisują umowy z dużymi kompaniami, które po cichu też chcą na tym oszczędzić... dlatego kompanie ubezpieczeniowe robią to, co jest całkowicie dla nich racjonalne: olewają mniejszych klientów, koncentrując się na większych.
Duch kolektywizmu. Przy całym anglosaskim indywidualizmie, czasem tutaj czuję się niemalże jak w kraju komunistycznym. Plakaty motywacyjne, napisy w stylu "To miejsce jest nadzorowane przez straż obywatelską", o wiele częstsze użycie słowa "obywatel" w pozytywnym kontekście, wszechobecne amerykańskie flagi, autentyczna duma z własnego państwa - wszystko to powoduje, że przypominają mi się obrazki z dzieciństwa.
Słowo community, tak etymologicznie bliskie słowu communist, gra ważną rolę w Stanach, w moim odczuciu, większą, niż nawet w Polsce - i na pewno większą niż w Rosji. Owszem, dotyczy to raczej mniejszych miejscowości, ale znowu przeczy to stereotypowi Ameryki jako państwa bezwględnych, drapieżnych samotników, żyjących według zasad LaVey'a - dokładnie taki stereotyp o Ameryce panuje w Rosji.
Choć sądzę, że LaVey jednak czułby się lepiej w Ameryce niż w Europie (w zasadzie i był Amerykaninem). Dlaczego tak jest, dlaczego rozwój technicznych możliwości człowieka w moim odczuciu zawsze wiąże się z odejściem od Boga? Tę kwestię jeszcze kiedyś sobie wyjaśnię.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)