Czesi mają wicepremiera – rasistę (przynajmniej według „Wyborczej”). Na Węgrzech od kilku miesięcy przy każdej okazji wybuchają zamieszki przeciw rządowi, brutalnie tłumione przez policję. W Estonii mamy do czynienia z otwartym etnicznym konfliktem. We Francji regularnie płoną synagogi, a na wschodzie Niemiec wybory wygrywają neonaziści.
Jak to się więc dzieje, że to nasz kraj jest regularnie potępiany przez Parlament Europejski i nazywany przez niektórych „faszystowską dyktaturą?”. Czemu w „New York Timesie” nie piszą o Estonii, a w „Wall Street Journal” o Węgrzech? Czemu „Die Zeit” nie zajmie się niemieckimi problemami? Dlaczego te wszystkie gazety piszą akurat o „polowaniu na czarownice” w Polsce?
Ktoś może mi odpowiedzieć, iż Zachód interesuje się naszym krajem bardziej niż malutkimi państewkami wokół. Ale to nieprawda. Rzecz w tym, że oni tam nas nawet nie rozróżniają. Polska, Czechy, Słowacja – co za różnica? Jedna dzicz.
Rozwiązanie tej zagadki jest proste. Otóż nikt z Czech, Estonii, Węgier lub innego kraju UE mającego wewnętrzne problemy nie jedzie się skarżyć do Strasburga. Nie robi szopki na cała Europę, w imię swojego własnego interesu. Wszyscy wiedzą, że własne brudy należy prać samemu. Wszyscy poza Polakami, oczywiście.
Tak się składa, że już od czasów czeskiej interwencji w 1038 roku (podczas buntu pogan), poprzez kolejne stulecia naszej historii, najwięcej problemów spadało na Polskę z powodu pomysłu, by skarżyć się za granicą na doznane w kraju krzywdy. Na łamanie praw i na zbrodniczy rząd. Najtragiczniejszym symbolem takiej postawy jest Targowica. Oczywiście nikogo teraz do Branickiego lub Potockiego porównać nie można. Ale też mam nadzieję, że porównywać nie będzie trzeba.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)