13 sierpnia 1920 roku oddziały Armii Czerwonej przystąpiły do szturmu na Warszawę. Na ich nieszczęście w stolicy Polski znajdował się francuski generał Maxime Weygand, który przygotował perfekcyjny plan rozbicia bolszewickich wojsk. Po kilku dniach krwawej bitwy polscy żołnierze wyszli na tyły nieprzyjaciela, zmuszając go do odwrotu. Warszawa, Polska i cała Europa były uratowane. Wróciwszy do Francji Weygand został przywitany jako bohaterski obrońca kontynentu przed komunistycznymi hordami.
Rzecz jasna, my dobrze wiemy, że to nie Weygand przygotował genialny plan znany jako „kontruderzenie znad Wieprza”. Francuski generał też to wiedział, uczciwie przyznając w swym pamiętniku, iż „zwycięstwo było polskie, plan był polski, armia była polska”. Jednak dla Zachodu oczywistym było, że tępi nadwiślańscy tubylcy potrzebowali światłego kierownictwa – przecież sami nie dali by rady.
Ponadto mocarstwa Ententy potrzebowały same przed sobą usprawiedliwiania. Na dramatyczne apele Polaków o militarna pomoc odpowiedziały jedynie… przysłaniem Weyganda (i niewielkiej grupy oficerów). Nie było dywizji, nie było broni. Polska nie pierwszy, i nie ostatni raz została pozostawiona sama sobie wobec zagrożenia (swoją drogą, ciekawe jaki był plan Anglików i Francuzów w razie bolszewickiego zwycięstwa?). Wykreowanie Weyganda na bohatera było bardzo wygodne – można było rzec Polakom i całemu światu: „Patrzcie, nie daliśmy wam żołnierzy i broni, ale daliśmy Weyganda! I to wystarczyło, więc bądźcie nam wdzięczni”.
„Syndrom Weyganda”, czyli zacieranie polskich dokonań jest nadal obecny w historiografii. Zwykle jego powody są czysto propagandowe, co przy naszej nie zdolności do obrony własnych racji przynosi Polsce opłakany efekt.
Sam byłem tego świadkiem ostatnio w Grazu, gdzie w miejskim arsenale trwa wystawa „200 lat walk austriacko – tureckich”. W ekspozycji jest oczywiście wspomniana odsiecz Wiednia w 1683 roku: „12 września 1683 roku armia Cesarstwa rozbiła tureckie siły oblegające stolicę”. Tak… Krótki sondaż przeprowadzony wśród młodych Austriaków wykazał, iż żadne z nich nie wie, kim był Jan III Sobieski.
Przyjmijmy jednak, że rok 1683 to bardzo dawne czasy i wymagałem za wiele. Jednak „syndrom Weyganda” jest szczególnie rozpleniony jeśli chodzi o okres II wojny światowej. Na przykład większość Brytyjczyków i Amerykanów nie ma pojęcia o polskim wkładzie w rozszyfrowanie kodu Enigmy, Tymczasem jest to nadal modny temat. Powstają o nim dziesiątki książek naukowych i pseudo-naukowych, a nawet hollywoodzkie filmy. O Polakach oczywiście nigdzie się nie wspomina. No, może za wyjątkiem filmu „Enigma” (2001), gdzie Polak był szpiegiem Niemców (!) i chciał im zdradzić, że Brytyjczycy rozszyfrowali ich kod.
„Syndrom Weyganda” ujawnia się również w zachodnim odbiorze kampanii wrześniowej. Tamtejsze źródła przedstawiają wrzesień 1939 jako błyskotliwe zwycięstwo Niemców i pierwszy przykład udanego Blitzkriegu. Polacy szarżowali tymi swoimi końmi na czołgi, ale byli bez szans. Jakoś nikt nie zwraca uwagi na to, że straty poniesionych w Polsce Wermacht musiał uzupełniać kilka miesięcy, a w 1940 uporał się z Francją, Belgią, Holandią i Luksemburgiem (oraz brytyjskim korpusem ekspedycyjnym) tak szybko jak z Polską, a bez pomocy Armii Czerwonej.
Powyższe przykłady ukazują, iż prowadzenie przez nasz kraj czegoś takiego jak „polityki historycznej” jest niezbędne. Robią to bowiem, z korzyścią dla siebie, wszystkie inne europejskie państwa, i to naszym kosztem. Czas, byśmy potrafili pokazać światu dumę z naszej historii. My bowiem, w odróżnieniu od np. Francuzów, Niemców, Rosjan lub Brytyjczyków – my mamy powody by być naprawdę dumnymi.


Komentarze
Pokaż komentarze (23)