Prezydent Lech Kaczyński kończył właśnie okolicznościową przemowę na Placu Piłsudskiego, gdy z tłumu padły strzały. Była środa, 15 sierpnia 2007 roku, godzina 12.24. Trzy pistoletowe kule przeleciały nad głowami oficjeli zgromadzonymi na trybunie honorowej, nie czyniąc nikomu krzywdy. Chwilę później do akcji wkroczył BOR oraz policja. Wśród zgromadzonych na placu Warszawiaków i turystów wybuchła panika. Później okazało się, iż jej powodem nie były strzały, a szybko rozprzestrzeniająca się plotka o ukrytych w koszach na śmieci bombach. Ludzie rzucili się do ucieczki w stronę Krakowskiego Przedmieścia i Teatru Wielkiego. Kilkanaście osób zostało ciężko rannych na skutek stratowania.
Wśród poszkodowanych byli również agenci BOR, którzy próbowali przedzierać się przez wzburzony tłum w poszukiwaniu zamachowca (lub zamachowców). Sprawcy udało się jednak zbiec, co wymusiło przeniesienie obławy na całe miasto.
Warszawę, a wkrótce cały kraj opanowała potęgowana przez media histeria. Zbrojny atak na najwyższe państwowe władze był wydarzeniem niespotykanym od dziesiątek lat. Polacy nie wiedzieli co to może oznaczać. Odpowiedź została im udzielona wkrótce.
Bezpośredni sprawca zamachu oraz jego wspólnicy zostali aresztowani w środę wieczorem. Walnie przyczynił się do tego warszawski system ulicznego monitoringu. Motyw niedoszłych zabójców prezydenta był szokujący. Po kilku godzinach przesłuchań szybko przyznali, iż działali oni na rzecz wspólnego spisku partyjnych władz Samoobrony i SLD, którymi znowuż sterowali dawni funkcjonariusze WSI. Poranek 16 sierpnia przyniósł Polakom jedną informację – wszystko o czym mówili bracia Kaczyńscy okazało się prawdą. Polską przez lata rządził Układ, a cała polityka była jednym wielkim przedstawieniem.
Agenci Układu dowiedzieli się, iż upadający rząd PiS ujawni wszelkie dane, które przez dwa lata, w całkowitej tajemnicy, zbierali najbardziej zaufani ludzie premiera i prezydenta. Światło dzienne miały ujrzeć informacje, wobec których nikt nie mógłby pozostać obojętny. Układ postanowił ostatecznie rozwiązać kwestię braci Kaczyńskich, jednak zabrał się do tego wyjątkowo nieudolnie. Teraz nadeszła kolej na ruch liderów PiS.
16 sierpnia wieczorem o mediów trafiła niezwykle długa lista osób publicznych podejrzanych o różnego rodzaju łamanie prawa. W spisie, nazwanym szybko „czarną listą”, znalazły się nazwiska większości ważnych polityków opozycji (wszystkich partii) oraz czołowych dziennikarzy (głównie z „Gazety Wyborczej”, Polsatu i TVN). Zarzuty były rozmaite – od oszustw podatkowych po pedofilię.
Osoby z „czarnej listy” nie zdążyły zaprotestować, bowiem o godzinie 23 rozpoczęła się operacja „Cud nad Wisłą”. W całym kraju rozpoczęło się polowanie na osoby wymienione w spisie. Akcję prowadziły głównie jednostki CBA. Okazało się, że liczba funkcjonariuszy CBA znacznie przekracza oficjalne podawany stan, a w jego skład wchodzi nawet duża jednostka specjalna złożona z byłych komandosów GROM.
Działaczy partii opozycyjnych i dziennikarzy wywlekano z domów, biur, lub nawet studiów telewizyjnych. TVN24 zaprzestało nadawania dwanaście minut po północy, gdy program przerwało wtargnięcie grupy zamaskowanych i uzbrojonych ludzi. Nie wylegitymowali się, za to aresztowali niemal wszystkich dziennikarzy oraz komentujących ostatnie wydarzenia Stefana Niesiołowskiego i Ryszarda Kalisza.
Najważniejsi zatrzymani znikali bez śladu (jak na przykład kierownictwo SLD), tych mniej ważnych zwożono na warszawski Stadion Dziesięciolecia, zamieniony na tymczasowy obóz internowania. Do rana, 17 sierpnia, na płycie Stadionu zgromadzono kilkaset osób.
Poza stolicą funkcjonariuszom CBA pomagały „drużyny obronne” Prawa i Sprawiedliwości. Składały się one z młodych mężczyzn, członków partii. Od kilku miesięcy trenowali oni w tajnych obozach szkoleniowych. Wyposażeni byli w kastety, noże oraz policyjne pałki, lecz potrafili także posługiwać się bronią palną. „Drużyny obronne” podczas „Cudu nad Wisłą” służyły do ubezpieczania akcji CBA i rozbijaniu oporu większych grup opozycjonistów.
Właśnie użycie formacji doskonale przygotowanych pisowców pozwoliło Polakom zrozumieć prawdę. Nie było żadnego zamachu, a jedynie prowokacja, która posłużyła do rozprawy z politycznymi przeciwnikami.
***
Tak mogłaby wyglądać Polska, gdyby słowa wszystkich – od Szmajdzińskiego, poprzez Geremka, Giertycha, Leppera, aż do Kaczmarka – były prawdą. Na szczęście naszemu krajowi nie grozi „totalitaryzm” i takie sceny jak opisane powyżej. Może trochę szkoda?


Komentarze
Pokaż komentarze (30)