Stanisław Łyżwiński schował się w szpitalu, lecz to nie pomoże mu w ucieczce przed wymiarem sprawiedliwości. Zwierze trafi do klatki. Nareszcie. Miejmy nadzieję, iż wkrótce w ślad za jurnym samcem pójdzie reszta stada.
Patrząc na kaprawą twarz Łyżwińskiego nie mogę zrozumieć jednego – w jaki sposób mógł on w ogóle trafić do Sejmu? Nie, nie idę tokiem myślenia michnikoidów pomstujących na durnych ludzi i „ułomną demokrację” za każdym razem, gdy PD przegrywa wybory (czyli zawsze). Zastanawia mnie po prostu ile jest wart cały ten „marketing polityczny”.
Przecież to musi być ściema dla naiwnych ta wiara w moc słów, mowy ciała i dobranego garnituru. Łyżwiński wygląda jak dzik i nie potrafi sklecić jednego poprawnego zdania. Czym więc oczarował swych wyborców?
Otóż – niczym. Wystarczyło, że dostał wysokie (zapewne pierwsze) miejsce na liście wyborczej. Z poparciem notowanym przez Samoobronę miał pewność otrzymania mandatu. Tak jest zresztą we wszystkich partiach. Wyborcy oddają wprawdzie głos na konkretnego kandydata z listy, lecz (zwłaszcza gdy nie kojarzą nazwisk) zwykle stawiają krzyżyk przy „jedynce”.
Z tego powodu dla większości liderów partyjnych kampania wyborcza jest czysto symboliczna. Kombinować muszą ci z niższych pozycji (najczęściej bez skutku). I dlatego też taki Łyżwinski mógł po cichu wśliznąć się do parlamentu.
Oczywiście nie ma pewności czy inny sposób elekcji utrudniłby wybranie różnych „Łyżwińskich”. Uważam jednak, iż w przypadku JOW (bo to w zasadzie jedyna alternatywa dla obecnego systemu) kandydaci musieliby dać więcej z siebie i podlegaliby ostrzejszej selekcji. Każdy musiałby walczyć o poparcie w interakcji z wyborcami. Mielibyśmy szansę poznać się wcześniej na ludziach niegodnych miana „wybrańca narodu”.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)