Gazeta.pl swoim głównym doniesieniem uczyniła dziś rano informację o polskim nastolatku, który zrezygnował z usług brytyjskiego systemu edukacji i powrócił do kraju. W Anglii wywołało to pewną konsternację, o czym świadczą artykuły w The Sun i w Daily Mail. Jak jednak należy w Polsce interpretować to wydarzenie?
Dziennikarze GW z lubością cytują wypowiedzi brytyjskich internautów chwalących polskiego chłopca i sypiących gromy na system edukacji w swoim kraju. Zapewne coś w tym jest, o tragicznym poziomie szkolnictwa w Zjednoczonym Królestwie słyszymy nie pierwszy raz. Lecz prawa jest, jak zwykle, bardziej skomplikowana.
Jakoś tak się bowiem składa, iż to ten naród debili, nie potrafiących mnożyć i znajdować Londynu na mapie, jest dużo bogatszy. „Genialni” Polacy przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii układać kafelki. To, że lepiej znamy Shakespeare’a od jego rodaków nic nam nie daje. Taką sytuację możemy, oczywiście, tłumaczyć stratami jakie poniósł nasz kraj podczas wojny i komunizmu. Jednak czy na pewno?
O intelektualnej sile narodu nie stanowi poziom wykształcenia nastolatków. Owszem, jest ważny, ale nie decydujący. Głównym czynnikiem jest siła uniwersytetów. To one wychowują elity, prowadzą badania naukowe i dokonują przełomów technologicznych. Wśród najlepszych wyższych uczelni świata jest wiele szkół ze Zjednoczonego Królestwa. Polskie uniwersytety nie mieszczą się nawet w pierwszej „500” światowego rankingu.
Co najwyżej, mamy dobrych informatyków, nic poza tym. A nauki humanistyczne, przyznajmy to szczerze, w Polsce praktycznie nie funkcjonują. Dziwne to w kraju, gdzie studiują miliony młodych ludzi. Czyżby w tej masie nie dało się odnaleźć kilku wybitnie uzdolnionych osób?
Nie, gdyż obecnie nasz system edukacji polega na produkcji dyplomów, nie ludzi wykształconych. Być może do szkół wyższych idą całkiem mądrzy nastolatkowie. Szybko jednak zapominają nawet tego, co uczyli się w liceum.
Widzę to chociażby na swoim przykładzie. Zdając maturę bez wątpienia wiedziałem więcej niż mój brytyjski rówieśnik. Co z tego jednak, skoro większość tej wiedzy okazała mi się w przyszłości całkiem niepotrzebna? Tymczasem na studiach, zamiast spodziewanego intelektualnego rozwoju czekało mnie kolejne liceum. Zajęcia na polskich uczelniach nie różnią się bowiem w swej formie od zwykłych lekcji.
Prawdopodobnie najczęstszym obiektem naszego naigrywania się z „nastoletnich debili” jest młodzież amerykańska. Oni tam w ogóle nie wiedzą nic o świecie poza granicami USA. Lecz odpowiedzmy na dwa pytania: gdzie są najlepsze uniwersytety na świecie, i gdzie wędrują każdej jesieni nagrody nobla...? Właśnie. To my mamy problem, nie Zachód.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)